Krzywcza.eu - Dla wszystkich, którzy dobrze wspominają lata spędzone w Krzywczy.

Prezentujemy wspomnienie pani Ireny Mazurek z domu Sawickiej pt. Karaluch w uchu czyli jak z rodziną przeżyłam Syberię. Wspomnienia powstały na podstawie zapisków Pani Ireny oraz wywiadu przeprowadzonego przeze mnie w lipcu 2010 r. Nadałem także wspomnieniom ostateczny kształt literacki i tytuł. Dla lepszego zrozumeinia tekstu poniżej prezentuję zdjęcia głównych postaci wspomnień. Jednocześnie składam serdeczne podziękowanie Pani Irenie Mazurek za możliwość prezentacji wspomnień na naszej stronie.

 Piotr Haszczyn

alt Dziadzio - Teodor Petrów

alt Babcia - Joanna Petrów z domu Kasprowicz

alt Tatuś - Wojciech Sawicki

alt Mamusia - Stefania Sawicka z domu Petrów

alt Geniu - Eugieniusz Sawicki

alt Autorka wspomnień Irena Mazurek z domu Sawicka

 

MOJA RODZINA

Był pogodny majowy dzień. Z moją koleżanką Rusinką z Drohomyśla chodziłyśmy po polu i szukaliśmy gniazdka ptasiego. Może, gdybym je znalazła nie byłoby tego nieszczęścia. Mamusia przyjechała ze Lwowa i dziadzio z Krakowca, gdzie miał kancelarię leśniczego. Było miło i dla nas dzieci bezpiecznie przy dziadziu, babci, mamusi i wujku Michale, którego kochaliśmy oboje z bratem najbardziej po rodzicach.

Tatuś był w więźniu już od 17 VII 1940 r., (a od 5 XII 1940 r. w obozie w Starobielsku). Aresztowany był we Lwowie w naszym mieszkaniu 17 VII 1940 r. Pani Boguszowa, u której były klucze od mieszkania pod nieobecność mamusi (bo tatuś pracował po nocach żeby się ukrywać), bo nasi okupanci Rosjanie prowadzili aresztowania, wywózki tylko po nocach lub wczesnym ranki. To był ich łajdacki system. Rano około 10 tej przyszli NKWD –  ści załomotali do drzwi naszego mieszkania, ale tatuś nie otwierał, a może się zdrzemnął po nocnej fizycznej pracy dość, że schodząc z piętra w wilii gdzie mieszkaliśmy weszli do p. Boguszowej, żeby dowiedzieć się, gdzie są mieszkańcy z góry, wtedy ona powiedziała, że tatuś jest na górze bo brał od niej klucze. Poszli z nią na górę, zapukała i powiedział:

- panie Sawicki proszę otworzyć to ja.

I tatuś otworzył i tak został aresztowany. O tym jak to się stało opowiedziała żydówka, która mieszkała na parterze obok p. Boguszowej. I ona uważana za komunistkę powiedział do mamusi, że nigdyby czegoś takiego nie zrobiła, raczej by ich okłamała i że bardzo brzydko postąpiła p. Boguszowa.

Po aresztowaniu mojego ojca, dziadzio zdecydował, że zamieszkamy na wsi, bo we Lwowie brak  był brak żywności, a  kolejki za podstawowymi produktami żywnościowymi bardzo duże. Mamusia całymi tygodniami stała w kolejkach pod więzieniem ażeby podać paczkę tatusiowi. Zima była sroga mrozy ponad 30 stopni. Tak się zaziębiła, że dostała silnego obustronnego zapalenia płuc. Ratunku nie było, śniegi okrutne, lekarz nie mógł dojechać, zdawało się, że już z bratem zostaniemy sierotami. Babcia rozpaczała, lekarstw oprócz aspiryny nie było, bańki nie pomagały. Wreszcie zdecydowano się na pijawki. Mamusia była zawsze astmatyczna, cierpiała na potworne migreny, a jeszcze te pijawki ściągnęły tyle krwi, że wprawdzie mamusia odzyskała przytomność i temperatura spadała, ale była tak słaba, że całą zimę prawie cała przeleżała. Dziadzio z wujkiem Michałem uczyli mamę chodzić podtrzymując ja z obydwu stron pod ręce. Ja po aresztowaniu ojca popadłam w depresję, zachorowała równocześnie na szkarlatynę i zapalenie prawego płuca. W takiej atmosferze chorób i zmartwień nastał maj i wywózka. 

Wywózka na Sybir

Nas wywieziono z 20 na 21 maja 1941 r. o godzinie 24 w nocy. Po wejściu do mieszkania żołnierze poszli do pokoi i odebrali klucze od dużego biurka z wieloma szufladami pokręcili się po pokoju i oznajmili:

 - zbierajcie się pojedziecie w druguju obłosti [inne województwo]

W pierwszej chwili nie zrozumieliśmy o co chodzi. Po chwili mamusia stojąca jak posąg w drzwiach między pokojami powiedziała do nas:

- dzieci pakujcie swoje rzeczy nas wywożą.

Rzuciliśmy się z bratem do komody pakować bieliznę i raptem ja 11 letnia dziewczynka zrozumiałam, że nas wywożą na Sybir. Dostałam histerycznego płaczu, krzyczałam tak potwornie, że podobno było słychać na pół wsi. NKWD jakkolwiek byli potworami to jednak starali się mnie uspokajać, że pojadę do papki, że tam będzie nam bardzo dobrze, ale ja uspokoiłam się dopiero jak siedziałam w wagonie. Dziadzio włożył na siebie plisę usiadł, patrzył w okno i powiedział do mnie:

- nie płacz dziecko ty wrócisz tutaj, ale ja już nie.

Do dziś pamiętam jego niebieskie oczy, bardzo smutne. Tak się zaczęła nasza tułaczka na Sybir. Dziadzio, babcia, mamusia, Gienio i Ja. Właściwie oprócz pościeli i rzeczy osobistych nic nie wzięliśmy z dość zasobnego domu. Sąsiadka żydówka miała piekarnię podała nam świeże bułki i o tym zapasie żywności wyruszyliśmy. Punkt zborny był w Jaworowie. Ponieważ nie pozwolono nam zabrać żadnych dokumentów z biurka, a mnie nawet „Płomyczków” jechaliśmy bez jednego zdjęcia. Na prośbę mamusi, żeby choć jedno zdjęcie ojca dać dzieciom na pamiątkę już na stacji NKWD – wiec przyniósł nam do wagonu parę zdjęć z albumu, a resztę zdjęć zarekwirowano.

Podróż na zesłanie

Jak ruszył transport w zamkniętych wagonach śpiewano Boże coś Polskę i Jeszcze Polska nie zginęła. Do dziś nie mogę śpiewać „Serdeczna Matko” bo zaraz płaczę. Dojechaliśmy do Lwowa. Do naszego wagonu jeszcze doładowano ludzi tak, że nie było miejsca żeby się jakoś położyć. Dziadzio napisał karteczkę do cioci Andy, że jedziemy i rzucił przez zakratowane okno na tory. Obok pracowali robotnicy, kiwali głowami, że widzą zwinięta w papieros karteczkę, ale po latach okazało się, że nikt cioci jej nie doręczył. Z nami jechało dużo rusinów zamieszkałych po wsiach polskich. Wrogowi było „wsio rawno” [wszystko jedno] byle tylko dręczyć ludzi. Dokładnie nie pamiętam, ale do Tomska dojechaliśmy pod koniec czerwca. Już trwała wojna rosyjsko – niemiecka. Tylko raz jeden już za Uralem wypuszczono nas z wagonów – dzieci i starców żeby trochę pochodzić około godziny gdzieś w polu, żeby nikt nie uciekł i żeby nas nikt nie widział. Ja bardzo kaszlałam po drodze, była przecież po zapaleniu płuc. Raz jeszcze, było to w Nowosybirsku, popędzono nas do bani tj. łaźni, osobno kobiety i dzieci, osobno mężczyźni i chłopcy. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam nagie kobiety, stare, młode i dzieci. Był to dla mnie szok. Odzież wszystką zabrano do odwszawiania. W Tomsku wyładowano nas z wagonów na przystań nad rzekę Ob. Czekaliśmy na tej przystani chyba 3 dni. W nocy zbici w gromadę o głodzie. Było zimno, no i komary, miliony komarów. Ob był rozlany tak, że drzewa z wody wystawały ich wierzchołki. Drugi brzeg był bardzo daleko. Załadowano nas na „parachod” [parowiec rzeczny] pod pokład, oczywiście nie cały transport, bo część wagonów odczepiono i zostawiono przed Tomskiem i tak przez tydzień płynęliśmy do Parabieli. Tam popędzono nas do osady coś w rodzaju powiatu do byłej cerkwi. Deszcz lał, zmokliśmy po drodze. W tej byłej cerkwi nie było dachu bo blachę dawno zerwali, a tylko podgniłe deski zostały na dachu i tak znów koczowaliśmy całą dobę. Część z nas załadowano na barkę i rzeką Parabiel popłynęliśmy do osady Nowikowo. 

Kasicha - pierwsze miejsce zesłania na Syberii 

Stamtąd już zwykłą łódką do wsi Kasicha. Zostaliśmy tylko dwie rodziny: my i rodzina ukraińska z Jaworowa: babka, matka i 2 dzieci. Przydzielono nas do rodziny ruskiej 1 izba, małżeństwo i dwóch chłopców (Witia – 5 lat i Giena – 3 lata). Przy nas we wrześniu urodził się trzeci chłopiec Misza. Nazywali się Owcziennikowie. Ona Dunia- wysoka, mocno zbudowana robotnica kołchozowa, on niski szczupły cieśla. Po przyjeździe pomyliśmy się mamusia zmieniła pościel, położyliśmy się na podłodze. Szybko jednak pobudziliśmy się. Naszej białej pięknej pościeli nie było widać, gdyż były na niej miliony pluskiew, które nas zaatakowały. Ruscy się śmiali, my byliśmy zrozpaczeni. Dniem miliony komarów i muszek. Trzeba było się smarować dziegciem przed komarami, a na muszkę nie było sposobu żarły do krwi. Ale najgorsze były malutkie czarne karaluchy. Pewnej nocy jeden z nich wszedł do mojego ucha i nie można było go wyciągnąć. Ból niesamowity, płakałam i cierpiałam niesamowicie. Ale miejscowi i na to mieli sposób. Dunia z kawałka papierka zrobiła trąbkę, którą włożyła do mojego ucha, a następnie zapaliła świeczkę, którą zbliżyła do tutki. Trzymała tak długo, aż gorące powietrze wchodzące w otwór trąbki zabiło karalucha. Później jeszcze przez kilka dni bolała, a z ucha po kawałku wypadały kawałki intruza. Po tym incydencie na noc już przezornie zatykaliśmy uszy.

Przydzielono nam pracę. Brat 13 letni chłopiec uważany był już za dorosłego. Przydzielono go do koni i do pracy z nimi. Mnie 11 letniej dziewczynie dano motykę i na pole wraz z miejscowymi dziewczętami. Mama do tajgi do piły i siekiery. Dziadzio starał się pomagać mamusi, ale był słaby. Po chorobie żołądka i przy braku odpowiednie diety, szybko opadał z sił. Zauważyłam, że dzieci tam były golone do gołej skóry. Myślę, że ze względu na wszawicę i na chorobę skórną głowy, którą nazywano „złotouchą”. Cała głowa w strupach. Ja miałam długi ładny warkocz. Jak mamusia myła mi głowę to zeszła się pełna izba kobiet i dzieci, żeby zobaczyć czy to prawdziwe włosy. Tak byliśmy we dwie rodziny prawie miesiąc, zrozpaczeni, że już nigdy się stąd nie wydostaniemy, ale los był łaskawy. Bo nowy transport z Białegostoku Polaków również rzucono w te okropne syberyjskie bagna. Przyjechało do Kasichy około 20 rodzin, sami Polacy, ale tylko kobiety i dzieci. Mężczyzn na pewnej stacji, jeszcze  na terenie Polski, oddzielono od rodzin i okazało się, że wszystkich rozstrzelano w lesie w pobliżu Siemiatycz. Ten transport uformowano parę dni przed wybuchem wojny w 1941 r. Tak, że już były bombardowane tory, ale oprawcy zdążyli tych ludzi jeszcze wywieźć. Wtedy w Kasisze poznaliśmy Taławiniskich i Ekielskich. Była babcia Ewa, mama z trójka dzieci i ciocia z dwójką dzieci. Zapamiętałam ich tak doskonale, że równo po 50 latach w Częstochowie na zjeździe Sybiraków znalazłam Henia, który w 1941 r. miał 10 lat. Radość moja i Genia była wielka, a ich cała rodzina nie mogła wyjść z podziwu, że tak dokładnie pamiętam imiona wszystkich, nawet wiek dzieci.

W dniu kiedy nam kazano tj. dorosłym podpisać zgodę na pobyt 20 lat na Syberii rozpacz wszystkich była wielka, bo za odmowę groziło wiezienie.

W Kasisze chodziliśmy po tajdze i zbieraliśmy grzyby, różne owoce np. gołebike. Jej krzaki rosły na bagnach na takich kępach, trzeba było uważać ażeby nie skoczyć do bagna, które mogło odebrać życie . W tajdze zbieraliśmy kolbę podobna do liści konwalii, ale pachnący czosnkiem i były lecznicze przy szkorbucie [czosnek niedźwiedzi]. Bardzo smaczne są orzechy cedrowe, po które trzeba było się wysoko wspinać na cedry, zrywać szyszki obficie oblane żywicą, potem w ogniu żywica się topiła i wtedy dopiero można były wyłuskać tłuste, smaczne nasiona. Także owoce czeremchy mieliło się i z odrobina maki piekliśmy z placki. Oprócz tego mnóstwo brusznicy, którą ruscy całe beczki zbierali na zimę. Ziemniaki były wielkości orzechów, uprawiali te z groch polny, owies, żyto, ale te zboża nadają się na siew. Naród tam był w latach 30 –tych zesłany jako kułacki, system stalinowski nieludzki.

Zapamiętałam jak były żniwa, trzeba było wyrobić normę, żeby dostać cos do jedzenia, trochę grochu lub ziarna. Mamusia żęła, dziadzio wiązał snopy, a ja te snopy znosiłam na kupę. Po kilku godzinie mamusi spuchła ręka, bo nigdy w życiu nie miała sierpa w rękach, a ja tak się podźgałam tymi snopami, że myślałam, że całe wnętrzności ze mnie wyjdą. Mamusia pięknie szyła i jak się Rosjanki dowiedziały to już mamusia została zatrudniona jako krawcowa. Gienio dźwigał, harował jak dorosły chłop.

W dniu 15 VIII 1941 r. dużo nas pracowało przy zbiorze lnu . W pewnej chwili zobaczyliśmy, samolot, ale ruscy mówili, że oblatuje tajgę, czy się gdzieś nie pali. Pod wieczór na to pole przyszła brygadierka i oznajmiła, że szybko musi pomierzyć, ile kto wykonał, bo Polaki mają iść na zebranie. Wszyscy byli zmartwieni, bo wiedziano, że nic dobrego nam nie zakomunikują. Okazało się, że przybyli z NKWD i oznajmili, że zostało zawarte porozumienie i że nie jesteśmy już skazani, że możemy wyjeżdżać w obrębie obłosti [województwa] tj. Nowosybirska, ale dopiero po otrzymaniu dokumentów, które mają nam wręczyć. Okazało się, że babcia z dziadkiem dostali papiery, a my nie. Dużo Polaków wyjechało do Parabierli, a nawet co młodsi i zdrowsi jeszcze dalej. My zamieszkaliśmy u takich staruszków. Oni w lecie paśli owce, a w zimie siedzieli na piecu, bo nie mieli w co się ubrać, a do jedzenia mieli tylko zboże, które parzyli i żuli w bezzębnych ustach. To była zapłata za letnią pracę w kołchozie – garść zboża. Izdebka była malutka, okienko małe i nas dwie rodziny. Z nami mieszkał młody mężczyzna z matką chorą na epilepsję. Często w nocy dostawała ataki, nawet po parę razy, przy tym bardzo krzyczała jakimś nieludzkim głosem. Okienko było pokryte lodem na kilka centymetrów. W okienku było ciemno, malutka kuchenka nie mogła ogrzać tej prymitywnie zbudowanej chatki. Dla dziadka i babci zrobiliśmy prycze z desek i rozesłaliśmy trochę słomy, ale staruszkowie marzli okropnie. My w trójkę spaliśmy na gołej podłodze. Mieliśmy tylko jedną pierzynę i dwie poduszki. Ja spałam zawsze w środku. Jak wszyscy przeżywaliśmy te zimy, to nie mam pojęcia. To, że przeżyliśmy to tylko opieka Boga i Matki Najświętszej. Lata okropnej biedy, głodu, zimna. Otuleni szmatami zimą, czoło i głowa, bo mróz był srogi, na rzęsach lód, nogi szmatami bo obuwie, w którym przyjechaliśmy dawno się rozdarło. Latem czasem było parę kartofelek więc te ciemne obierki osuszyłam na zimę. Niestety po ugotowaniu i zjedzeniu tak strasznie paliły w przewodzie pokarmowym i żołądku jakby ktoś nakład rozżarzonego węgla.

Był w kołchozie budynek, który w lecie służył jako żłobek, a w zimie zamieszkało tam kilka polskich rodzin. Pani Dankiewiczowa z dwoma córkami i synem Waldemarem w moim wieku, p. Krasnodemscy z synami: Józefem, Marianem i Guciem i jeszcze chyba była tam dziewczynka w moim wieku, bardzo ładnie śpiewała. Ponieważ był to budynek z grubych bali więc tam było trochę cieplej wieczorami. Zbieraliśmy się tam śpiewaliśmy pieśni pobożne, litanię, modlitwy i inne patriotyczne i ludowe. Dokumentów nie mieliśmy. Na przedwiośniu mamusia wysłał dzidka do Nowikowa, a my uciekliśmy pieszo w nocy do Nowikowa. Był tam szpital, ale nie przyjęli dziadzia. Powiedzieli, że stary to niech umiera. Dziadzio w 1941 r. jeszcze chodził do tajgi. Jako stary leśnik był zachwycony tymi lasami, nigdy nie zbłądził, w lesie czuł się jak we własnym domu. W 1942 r. już nie miał sił żeby chodzić. W sierpniu barką dziadek popłyną do Parabieli, a my w trójkę piechotą przeszliśmy 100 km. Z nami szła z trójka dzieci jeszcze jedna pani. Jej dzieci były młodsze ode mnie miały żadnych butów. Przyszedł wrzesień, przymrozki już były silne, żeby ogrzać zziębnięte stopy siusiały na nie i tak je ogrzewały. Szliśmy trzy doby. Nocowaliśmy w szałasach przydrożnych, czasem było tam trochę słomy. Ja byłam najsłabsza zawsze zostawałam w tyle, daleko, nie miałam sił iść. Okazało się później, że powodem tego była choroba płuc.

 Dom Polskiego Dziecka w Tomsku

 Wreszcie dotarliśmy do Parabieli i tam dowiedzieliśmy się, że w Tomsku jest Dom Dziecka Polskiego. W Parbieli zatrzymaliśmy się przez parę dni u rodziny Baków z Jaworowa. Mnie mamusia ścięła włosy i oboje z bratem i innymi dziećmi popłynęliśmy parachodem do Tomska. Gdzie przypłynęliśmy po 6 dniach nad ranem. Było jeszcze ciemno. Z parachodu szliśmy pieszo do Czeremoszwili. Budynek drewniany, piętrowy, zostaliśmy powitani przez kierownika Franciszka Jackiewicza bardzo groźnego. Pokładliśmy się na garnce słomy jedno obok drugiego żeby się ogrzać. Tak władze ruskie obdarzyły nas domem. Powoli po kawałeczku chłopcy wstawiali szyby, a resztę zabijali deskami. Pozbijali wzdłuż ścian prycze, posłali je słomą i tak zaczęło się życie. Na wyżywieniu była biała mąka amerykańska z darów.

Jedna sala była dla dziewczynek, spałyśmy na tej słomie bez pościeli w tym czym chodziliśmy w dzień. Po jakimś czasie, chyba w listopadzie, pan Jackiewicz dał nam koce na noc, które dostał z darów. Z dużych wełnianych skarpet męskich, po spruciu robiłyśmy sobie pończochy. Około grudnia przyszły amerykańskie ciuchy. Były to przeważnie cienkie ubiory, często podarte, ale i tak cieszyliśmy się bardzo z tych darów. Z wyżywieniem było gorzej, żadnych jarzyn, chleb rzadko. Nie wiem jak zdobywaliśmy w mieście drożdże, które jedliśmy z chlebem. Ja byłam poważnie chora na płuca. Kierownik Franciszek Jackiewicz wezwał lekarza do mnie i jeszcze jednego chłopca. Po zbadaniu stwierdził, że nadaję się pilnie do szpitala, ale brak miejsc bo wszystkie szpitale i szkoły zajęte są dla rannych żołnierzy z frontu. Chłopiec wkrótce zmarł. Pan Jackiewicz widząc, że nic nie jem i wyglądam jak trup zdobył gdzieś śledzia i wtedy zawołał mnie do pokoju i usiłował zmusić do jedzenia, ale niestety nie mogłam jeść. Tak przeżyliśmy zimę. Gienio z chłopcami zdobywali opał, po prostu kradli i pomagali we wszystkich pracach. Ja mało się udzielałam więcej leżałam jak chodziłam. Wiosną stosunki pomiędzy Rosją, a rządem Sikorskiego pogorszyły się więc chłopców już nawet 12 to letnich wzięli do pracy do fabryki ołówków. Trwało to tak do czerwca. Potem odebrano nam budynek o dano do wyboru albo wracać na Sybir albo do sierocińców ruskich. Ja wybrałam powrót do mamy do Parabieli i część dzieci też, ale większa cześć poszła do ruskich sierocińców. 

Powrót do mamy

 Odesłano nas znów statkiem rzeka Ob. do Parabieli. Mamusia pracowała w Artilu tj. jakby spółdzielnia różnych zawodów. Tam była główna krawcową: przyjmowała, kroiła, szyła i odpowiadała za całość. Zarabiała na wiadro ziemniaków na miesiąc. Pracowała na dwie zmiany – tydzień w dzień 12 godzin, tydzień noc 12 godzin, a światło było słabsze niż przy świeczkach. Żył jeszcze dziadek i stale się martwił jak mama chodziła przez las w nocy, jak da sobie radę żeby przeżyć. Babcia nie pamiętała co się dzieje, gdzie jest biedna, była zagubiona. W tej nędzy w tym zimnie i głodzie. Ja w dalszym ciągu byłam chora, ale było lato wiec pokrzywy, lebioda czy jakieś leśne owoce. To się tak nie odczuwało głodu, ale zima była okrutna, nic do jedzenia. Gienia wcielili do tej spółdzielni i pracował jako woźnica poczty. Nie miał się w co ubrać ciepło, a końmi powoził przez 30 km w jedna stronę. Mrozy dochodziły do minus 50 stopni w nocy tak, że konie nie mogły oddychać i sztywniały im nogi, a on 15 letni chłopiec woził pocztyliona otulonego w kożuch tzw. Łutub, walonki, rękawice z psiej skóry i sytego. Brat mój dostawał 15 dkg mąki razowej na dobę. Jak dojechali do punktu pocztowego to zalewał gorącą wodą tę mąkę i to na dobę cały posiłek. Był już u kresu sił. Po incydencie w lesie zmienili mu pracę. Robił walonki. Praca bardzo ciężka bo ugniatanie wełny na twardy, jak skóra filc trwało długo i też o głodzie, ale w cieple bo to się robi na gorąco. Była tzw. zupa regeneracyjna, którą dostawali i chleba 30 dkg jak glina. Zupa była jak gnojówka z liścimi kapusty z silosów dla bydła. Czuć ją było z daleka, ale zawsze coś ciepłego. Ja z babcią w domu. Mieszkaliśmy u ruskich w jednej izbie z p. Olsztyńską z córka Ireną. Ja chodziłam codziennie do lasu z sankami i siekierą po drzewo. Śnieg sięgał do szyi. Wyszukiwałam ścięte pni drzewa, bo tam cięli na wysokości takiej żeby się nie schylać, które były prawie suche. Pnie ciupałam na trzaski w miarę swoich sił i wynosiłam tymi tunelami śniegowymi na sanek. Jak wychodziłam z tych tuneli na drogę to momentalnie robiła się sztywna z zimna. Czasem płakałam bo nie miałam siły ciągnąć tych sanek, ale zatrzymanie się to śmierć. Był straszny głód i mróz. Dzięki mojej mamusi jakoś uniknęliśmy śmierci głodowej. Mamusia porucz pracy w Artilu szyła jeszcze dodatkowo za miskę kapusty lub parę ziemniaków, albo garść zboża. Dzięki temu prawie codzienni woda była czymś zaprószona no i gorąca była. Były dni, że była tylko woda troszeczkę posolona, bo soli też brakowało. Babcia bardzo cierpiała bo nie rozumiała dlaczego jest głód i gdzie się znajduje, ale dzięki niej zapamiętałam pieśni pobożne bo babcia ciągle się modliła, śpiewała pieśni kościelne i opowiadała o swojej młodości  rodzinie. Dziadzio Teodor właściwie zmarł śmiercią głodową. Był do ostatniej chwili świadomy wszystkiego. Wieczorem gdy mamusia wychodziła do pracy tak się martwił, jak przez kawał tajgi ona przejdzie nocą, jak sobie da radę na tej obczyźnie. Tak pragnął chociażby jedna noga stanąć na polskiej ziemi. Zmarł nad ranem cichutko 12 IX 1942 r. Była głęboka zima. Ziemia zamarznięta, mamusia mimo pracy zaczęła sama kilofem kopć jamę, na takim kawałku, gdzie już były polskie groby. Później pomogli inni Polacy, którzy tam byli. Ziemia była zamarznięta do spodu, trumna z kilku desek nie oheblowanych. Księdza nie było, ale był pop greckokatolicki wywieziony tam również i on odczytał modlitwę nad trumną dziadzia. Teraz po latach zmieniłam tablicę na grobie babci i umieściłam nazwisko i imię dziadzia, żeby chociaż pamięć została.

Przeżyliśmy ciężkie chwile w latach 1942 – 44. Nie było już nic do sprzedania, wojna trwała. Głód był wielki bo wszystkie produkty szły na front, a my nie umieliśmy kraść. Rosjanie uprzywilejowani otrzymywali przydziały żywności byli to ewakuowani z Leningradu, Moskwy oraz milicja NKWD, administracja partyjna, a reszta ruskich też tak jak my głodowali. Ja z babcią chodziłam na poletkach zbierać kłosy, czasem się coś znalazło. Te następnie suszyliśmy i tych parę ziarnek mełłyśmy na młynku do kawy do tego liście pokrzywy no i śmieć głodowa musiała poczekać. 

Podróż do Europy

W 1944 r. zarządzono ewakuację Polaków z Syberii do Europejskiej części Rosji. Była to wielka radość dla wszystkich żyjących, niestety wielu zostało tam na zawsze. Na przystań w Parabieli, około kilka kilometrów od osady, nad rzeka Ob. zgromadziła się grupa kilkudziesięciu osób w oczekiwaniu na parochod [parowiec]. Trwało to kilka dni (ok. 4). Nie otrzymaliśmy nic na drogę, żadnego pożywienia. Mamusię namawiano w Artilu, żeby nie wyjeżdżać, a nawet grożono, że zatrzymają siłą. Chodziło o to, że nie mieli tak wykwalifikowanej krawcowej. W szwalni pracowały przede wszystkim Łotyszki, kobiety wykształcone, ale bez zawodu. One nauczyły się szyć tylko proste szwy, ale mama je ratował i sama wykonywała wszystkie trudniejsze prace. Jakoś groźby nie wykonano i też znaleźliśmy się na przystani. Wreszcie podpłynął parachod i ku naszej radości, wprost niewiarygodnej, zobaczyliśmy na pokładzie żywego autentycznego polskiego żołnierza. Kto żył ruszył do statku witać go oczywiście ze łzami radości po tylu latach tułaczki. Pamiętam, że usiadłam na pisaku z wrażenia i nie mogłam się ruszyć. Och było to wydarzenie jedno z najpiękniejszych przeżytych na Syberii. Był to sierżant z armii kościuszkowskiej wysłany, by pościągać Polaków porozrzucanych po tajdze. Wypytywał czy ktoś jeszcze został, bo nie do wszystkich dotarła wiadomość. Władze radziecki zbytnio o to nie dbały. Załatwił też przydział żywności. Pamiętam, że była to mąka owsiana i trochę grochu. Na statku przygotowaliśmy z tego posiłek: do wrzątku wsypaliśmy trochę mąki, po zamieszaniu była gotowa polewka. Groch można było gryźć kto miał zęby. Płynęliśmy ok. 10 dni do Nowosybirska. Tam czekaliśmy na transport pociągiem około 2 tygodni. Wszystkich zgromadzono w budynku szkoły. Było nas tyle, że nie było miejsca do spania na gołej podłodze byliśmy poukładani jak śledzie. Najgorzej jak trzeba było wyjść w nocy za własna potrzebą, bo przecież byli ludzie chorzy i małe dzieci, nogi nie było gdzie postawić. Z braku mydła i wody wszyscy dostaliśmy świerzb. Dniami można było wytrzymać, ale wieczorami wszyscy drapali się do krwi. Wreszcie dano nam szarą maść, która smarowaliśmy się po całym ciele. Przynosiło ulgę, ale za to cuchnęło to bardzo przykro. 

Pobyt w Puszkino

Nareszcie pociąg się zatrzymał, wsiedliśmy z uczuciem ulgi. Cały czas wszystko załatwiał polski oficer, który również jechał transportem. Już za Uralem odczepiano po 1 lub 2 wagony na poszczególnych stacjach. Oficer przekazywał ludzi pod opiekę NKWD, które przydzielało ludzi do Sowchozów lub do zakładów pracy. Nas odczepiono na stacji Chworostinka (Chworościanka) w powiecie Griazi sowchoz Dubowoje obłost Woroneż. Tam oddano nas pod opiekę ob. Kostrykina funkcjonariusza NKWD, który okazał się dość przyzwoitym człowiekiem. Czekały na nas 2 wozy zaprzężone w byki. Do swochozu było 10 km, ale podróż zajęła nam prawie cały dzień. Po raz pierwszy w życiu jechaliśmy wołami. Zawieziono nas na Uczastok czyli resztówkę sowchozu Puszkino, które składało się z 7 domów. Jak przyjechaliśmy tymi wołami (tylko babcia jechała) my szliśmy to ludzie byli ciekawi, co to te Polaki, czy może mają rogi. Zaraz zaczęli z nami rozmawiać, jak „Rodnyje ruskije” [jak byśmy byli rodzeni Rosjanie] no i przynosili „gostinca” czyli prezent – garnek mleka. Co to była za uczta. Tam dzięki tym ludziom bardzo biednym zawdzięczamy, że doszliśmy do poprawy zdrowia.. Nas przydzielono do drewnianego piętrowego budynku. Otrzymaliśmy pomieszczenie jednoosobowe: łóżko, malutka kuchnia, a nas było 4. Babcia spała na łóżku, Gienio na kuferku długi na 1,20 cm, a ja z mamusia na podłodze przy drzwiach. Tutaj trochę odżyliśmy. Gienio dalej pracował przy koniach w polu. Ja pasłam stado krów sowchoźników z takim starym dziadkiem i on mnie ochraniał przed krowami, które bodły. Tu każdy Rosjanin mógł trzymać 1 krowę, kury i 1 świnię Przydzielona nam działkę obsadzoną ziemniakami i dynią. Rosjanki obdarowywały nas mlekiem. Piękne były te krowy – rasa wysoko mleczna. Mamusia znowu szyła i miała dużo pracy bo to był już 1944 r. ok. lipca więc z frontu przysyłali mnóstwo paczek z różnymi dobrami, a szczególnie materiały i odzież.

Za cara był to piękny majątek klucz Dubowoje, Puszkino i Uczastok. Sad ok. 40 ha, gorzelnia wraz z zarodową hodowla koni. Pola równiuteńkie, czarnoziem, ale nie było w ogóle mężczyzn bo wszyscy byli na froncie i młode dziewczęta też. Wszystko robiły kobiety. Szły rano na pole, śpiewały na głosy, wracały tez ze śpiewem. Bardzo muzykalny naród, ale bardzo biedny i dla nas bardzo życzliwy, nigdy nam nie dokuczali. Z frontu wrócił jeden oficer bo był ranny i otrzymał przydział do tego sowchozu jako zarządca. Był z wojskiem w Polsce i nas odwiedził. Oczywiście wypytał się nas jak nam się podoba Rosja itd., a my mówiliśmy, że biedujemy nie mamy co jeść. On mówi do babci:

- Babuszka uszyj woreczek, wąski i długi, a ty Gienadij, jak jedziesz kombajnem podstaw woreczek pod zsyp i nabierz pszenicy i pod siedzenie, a ja będę patrzył w inną stronę. I tak będziesz miał chleb.

Było trochę inteligencji, dyrektorów, agronom i cała obsługa gorzelni wiec mamusia była w otoczeniu ludzi inteligentnych, syta i w cieple. Często nawet nie przychodziła do domu po kilka dni. Tak była zapracowana. W Puszkinie była kobieta z wyższym wykształceniem Lidia Pawłowa Gorchina z synkiem Kolą (2 latka) i matką. Ona była wspaniałą kobietą – ciągle nas dokarmiała. Mamusia szyła, ja robiłam swetry w zimie. Zimą na tych równinach były „Buriany” – silny wiatr z bardzo gęsto padającym śniegiem, zalepiał twarz. Były przypadki, że od domu do domu ludzie błądzili. Nie było nawet widać na 1 m. Trudno pojąć nie widząc tego zjawiska. Nawet konie traciły orientację i padały ofiarą wilków, których tutaj na tych bezdrzewnych równinach były całe stada. Tutaj widzieliśmy w biały dzień miedzy domami po kilkanaście wilków wolno sobie chodzących. Do dziś bardzo przeżywam wichury, bezsenność, strach, nostalgię jako spadek po tych latach. To okropna tęsknota za ojczyzną nie mam zdolności poetyckich, aby to wyrazić. Oboje z bratem zawsze mówiliśmy, że ojczyzny nigdy byśmy nie opuścili. Jest to też wychowanie w rodzinie patriotycznej, która nam wpoili rodzice, wujek Michała i dziadek. 

Powrót do kraju

Mama należała do Związku Patriotów Polskich. Dziś różnie mówi się o Berlingu i Wandzie Wasilewskiej, ale to dzięki nim wróciliśmy już w 1946 r. i wiele z nas, którzy ocaleliśmy może jeszcze przez długie lata nie wyrzeklibyśmy się ojczyzny. Wszystko co napisałam to tak powieszchowanie. Każdy dzień był straszną udręką. Latem te okropne komary, muszki, aż gęsto w powietrzu i karaluchy. Codzienna walka o cokolwiek do zjedzenia, a zimą to tylko opieka Boga i Matki Najświętszej, że trochę ludzi ocalało. Niestety wiele grobów zostało tam na zawsze. Wróciliśmy do Polski i zamieszkaliśmy w Krzywczy rodzinnej miejscowości mojej babci, ale to już całkiem inna historia.