Krzywcza - Trzy Kultury

Krzywcza - pełna wspomnień...

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Polish English French German Irish Russian Ukrainian
Krzywcza.eu - Dla wszystkich, którzy dobrze wspominają lata spędzone w Krzywczy.

Tyle pamiętam...

Email Drukuj PDF

Panią Cecylię Siemaszko pamiętam bardzo dobrze. Mieszkała na Woli Krzywieckiej, prawie w ostatnich zabudowaniach, które nazywają się Kamionka. Pamiętam ją, gdyż często chodziła do kościoła. To prawie 4 km drogi w jedną stronę. Siadała zawsze pod kazalnicą w pierwszej ławce po lewej stronie. Z nią zawsze przychodziła siostra Agata - były nierozłączne. Dzięki programowi "Zwykli niezwykli-ku chwale krzywieckim bohaterom wojennym" okazało się, że Pani Cecylia spisała swoje wojenne wspomnienia w cienkim zaszycie. Agnieszka Gurba i Aleksandra Wojdyło, które rozmawiały z p. Agatą Siemaszko zeskanowały zeszyt i dzięki temu możemy przeczytać poniższe wojenne wspomnienie p. Cecyli Siemaszko, która niestety już nie żyje.

Piotr Haszczyn

W roku 1939 wybuchła wojna niemiecka z Polakami. Zabrali mężczyzn na wojnę, za tydzień nadjechały nasze wojska polskie do naszej wioski - Woli krzywieckiej i powstał front. Nasi strzelali z dział, ludzie uciekali w wiejski las, a niektórzy chowali się po piwnicach od rana do popołudnia. Okropnie Niemcy strzelali, ale na nasze szczęście wioskę mijali, tylko pociski leciały w las. Nikt nie został zabity, ale za to następna wieś Krzywcza, tam zostało kilka osób zabitych i domy od kul zniszczone, pokrycie  cerkwi zostało bardzo zniszczone, a nasz ksiądz Władysław Solecki wśród kul i boju chodził po miedzy ludzi, jednych spowiadał innych pocieszał i nawet wśród pocisków poszedł do tej cerkwi i wziął stamtąd Najświętszy sakrament. Ne trwało to tak długo, bo nasze wojska polskie cofały się i za niedługo przyszli Niemcy i oni zaczęli po trochu stopniowo męczyć nasz polski naród, a więc zaczęli nakładać kontyngenty ze zboża i zwierząt. Także kto był bogatszy to dawał krowy, świnie, zboże, a biedni którzy mieli jedna krowę to i tą jedyną zabrali. Chodzili po domach z wizyta i szukali, a małą ilość zostawiali na życie, resztę wszystko zabierali. W młynach nikt nie meł. Mieli ludzie takie ręczne żarna i te żarna Niemcy dali rozkaz, żeby odwieźć do komendy, żeby my ziarna nie męli. U nas były dwoje żaren, jedne ojciec oddał, a drugie dał do piwnicy i tam myśmy meli nocami i prawie czwarta część ludzi chodziła nocami mleć, a ktoś musiał czuwać, ażeby obcy nie posłyszał, że się mieli. Tak samo było ze zwierzętami ludzie nocami świnie bili, żeby troszkę omasty było, bo nie kupił. U nas jeden drugiego nie wydał.

Początkowo ludzie się lubili. Co rok to było gorzej. Niemiec nakładał straszne podatki, nawet od głowy. Zaczął zabierać ludzi na Niemiec. Początkowo wyznaczał, później robił napady nocami. Ludzie zaczęli uciekać z domów, przeważnie młodzi. Nas w domu było pięcioro: dwóch braci, ja i dwie siostry. Ja z siostrą starsza nocowałam pod lasem w budzie, co gospodarz zbudował do pilnowania zasiewów przed dzikami, a bracia nigdy się nie przyznali gdzie nocowali. Tak prawie pół roku myśmy się kryli. Ojciec nie chciał nas dać do Niemiec. Zainstalował chłopców do roboty do lasu, a mnie ze starszą siostrą do dworu i tak myśmy musiały pracować cały dzień za dwa kilo zboża, a bracia za jakieś marny grosz w tym lesie. Najmłodsza siostra nie miała swoich lat do pracy. Co roku to było gorzej. U nas ludzie były mieszane Rusini i Polacy. Początkowa nie było żadnej różnicy, nikt nie słyszał o jakiś Ukraińcach, na raz słychy nadchodzą, że z naszych Rusinów porobili się Ukraińcy. Jedni mówili, że to Ruscy księża porobili, drudzy mówili, że to Niemcy. I wtedy już było gorzej, bo zaczęli się ludzie nienawidzić. Ukraińcy zaczęli dokuczać Polakom. Nawet najlepszy sąsiad był wrogiem. Zakazywali, że nas wywiozą do Rzeszy, że tu będzie Ukraina dla Ukraińców. Było im lepiej, dostawali jakiś przydział żywnościowy i dokuczali Polakom w różny sposób. Tak to trwało jakiś czas.

Nastał rok 1942, wtedy i Ukraińcy trochę ucichli, bo nastał głód. Ludzie jedli trawy, nigdzie zboża nie kupił. Kilka osób umarło z głodu. Jedni puchli z głodu, straszne rzeczy, gorzej niż wojna. Jedni udawali się w strony wiosek bogatszych i tam czasem udawało się kupić troszkę zboża, inni szli za żebraniem chleba, to było przed żniwami, a jesienią dokładnie nie pamiętam czy prędzej czy później Niemcy zaczęli się zabezpieczać i zaczęli nas zmuszać do dykuw [trudno powiedzieć, co to znaczy]. Musieliśmy jechać z Woli, aż do Jodłówki na cały tydzień, tam o suchym chlebie i w stodołach myśmy nocowali i tak braliśmy dykunki. Na niedzielę wracaliśmy do domów i znów trwało to kilka tygodni. I znów przyszła smutna wiadomość dla Polaków. Powiedziano nam wszystkim po kryjomu, że Ukraińcy mają pozwolenie któregoś dnia dwie godziny mordować Polaków. Przez kilka dni wszyscy młodzi polscy chłopcy, gdy się zbliżał wieczór uciekali w las. My, niewiasty zostawały, ale też nie spałyśmy we własnych domach. Wkrótce to ucichło i znów ludzie mówili o wojnie, że Niemiec ma się bić z Rosją. I Niemiec zaczął pobierać dobrowolnych Ukraińców na wojnę i z naszej wioski zgłosiło sie kilka ochotników. Gdy Niemicy  bili się z Rosją już zaczęła pokazywać się polska partyzantka. Moi bracia chodzili codzienne w las do roboty i właśnie zostali złapani przez polskich partyzantów, a że nie mieli przy sobie dokumentów chcieli ich postrzelać. Zaczęli do nich mówić i po rusku i niemiecku i po polsku, tak że bracia mówili zawsze, że są Polakami. Z nimi jeden Ukrainiec i też się przyznał, że jest Ukraińcem. Więcej niż godzinę trzymali chłopaków w niepewności. Bracia moi mówili, że są Polakami, ale tego Ukraińca chcieli zaraz zastrzelić, żeby ich nie wydał Niemcom. Ale bracia zaczęli prosić za nim, że ich na pewno nie wyda i pościli ich wszystkich. Ten Ukrainiec jednak powiedział swoim, tylko na szczęście trochę później, jak Niemcy zaczęli się cofać.

Nadeszły żniwa, myśmy pod lasem żęli żyto, bracia, wszystko pięcioro. Naraz lot niski i to tak ponad las, że starszy brat mówił uciekajmy, ale młodszy był ciekawy, co będzie i zaraz nie chciał uciekać, a tu zaczęły bomby padać w las, wtedy myśmy się dopiero skryli i uciekliśmy do naszego domu. Na drodze z lasu sowieci pozdrawiają nas, a w naszej wiosce jeszcze Niemcy. Sowieci wpadli porozbijali magazyny żywnościowe bo nie zdążyli ich Niemcy zabrać. No wreszcie wojna się skończyła, ale nastał gorszy czas, bo powstały różne bandy, nie można było rozpoznać, czy to polskie, czy ukraińskie. I właśnie 15 kwietnia 1945 r. bardzo raniutko o godzinie 3 wpadła do naszej wioski partyzantka i zaczęła strzelać Ukraińców. Jedni uciekali w las, drudzy kryli sie po Polakach, jeszcze inni uciekali do Krzywczy. U nas też nocował jeden Ukrainiec i jego koń też był schowany. Mama rano przyszła usłyszała strzały i kazała mu uciekać, tylko, co uciekł już byli partyzanci. Koło 20 osób zastrzelili. Ci, którzy schowali się u Polaków musieli wychodzić z kryjówki, bo z nimi szedł jeden z naszej wioski i pokazywał, gdzie są Ukraińcy. Gdzie, niektórych Polacy zaczęli bronić tych bezbronnych Ukraińców. Mówili, co wy robicie, jak tak można strzelać i rabować. Ja zaczęłam płakać, bo ludzie leżeli pozabijani. Przeważnie młodzi, nasi znajomi. Otóż partyzant zobaczył, że ja płaczę skoczył do mnie i chciał mnie zabić, ale mama go otrąciła i zrobiło się zamieszanie. Rozłościł się i chciał nam zabrać konia i wóz. Ojciec ostro się do niego postawił i to nie pomogło. Musiał brat przymusem odwieźć im te zarabowane rzeczy, aż do Bełwina, przez las. Większa ilość Ukraińców uciekła do Krzywczy i tam wszyscy mieli wyjechać na wschód. Tam też wpadli partyzanci i koło piętnastu mężczyzn zabrali i w lesie rozstrzelali. Od tej pory każdy dzień, przeważnie noc nie była spokojna. Powstały bandy ukraińskie, ale nasi chłopcy dostali broń i kazano im się bronić. Ojciec nie chciał im zezwolić, prosił, tłumaczył. Nic nie pomogło, młodzi chłopcy już, jak mieli broń to im się zdawało, że im już nic nie grozi. Byli pewni siebie. Czasami chodzili do lasu zapolować na jakieś zwierzę, czasem banderowcy do nich strzelali to oni się bronili. I nadszedł rok 1946, prawdopodobnie wszyscy chłopcy byli w naszym domu, ci co mieli broń. Naraz ktoś przybiegł z wartowników i krzykną

- Banderowcy w naszej wiosce!

Wszystko się rozleciało, a było ich około 20. Nie wiem, czy trwało to 10 minut, naraz strzał i już niosą jednego z naszych zabitego, zaczęli go jeszcze cucić i jeszcze odżył. Otóż to nie byli banderowcy tylko polska partyzantka i mylnie strzelali do Polaka. Oni szli na Korytniki tymczasem to była Wola Krzywiecka i zaraz tego, co ich prowadził chcieli zabić na naszym podwórku, a był to człowiek ze Średniej jednak nasi chłopcy nie pozwolili na to. Jeden z naszych dostał rozkaz, by odwieźć tego rannego do szpitala. I zaraz w nocy dwóch naszych dostało rozkaz zaprowadzić ich do Korytnik. Mój brat wiózł tego rannego, ujechał kilometr drogi i ranny umarł więc brat z nim wrócił. I już więcej na razie nic groźnego Polakom przez to lato się nie stało. Wpadało od czasu do czasu tylko partyzantka, ale raczej była to złodziejska banda, która kradła i rabowała nie tylko pozostałych jeszcze Ukraińców, ale i niektórych Polaków. Banderowcy całe lato siedzieli w lesie, bo im lotnicy zrzucali wikt: chleb, słoninę. papierosy. Nasi ludzie znachodzili i przynosili do domów. Początkowo dawali próbować ten chleb kurom i kotom, a później sami jedli. Tak to płynęło, aż do października. 27 poszli nasi chłopcy do lasu Kwaśny Piotr, Kwaśny Bronisław i Siemaszko Jan - mój brat i tam zostali zamordowani przez banderowców w straszny sposób: wydłubali im oczy i języki odcięli, ręce kolącymi drutami związali i poprzywiązywali do drzewa. W takim stanie polskie wojsko ich znalazło.

Nastała zima to dla Polaków była najstraszniejsza, bo banderowcy wpadli prawie, co noc. Na każdym kroku groziła śmierć, przeważnie dla tych, którzy mieli broń, a że u nas mój brat ten który zginął też miał broń to chcieli właśnie nas zniszczyć wszystkich. Starszy brat poszedł do Przemyśla i tam już musiał mieszkań, bo by go zamordowali, a my reszta byliśmy w domu. Przychodzili pod dom po sześciu i rozkazywali, ażeby kupować im ubrania buty i inne jeszcze rzeczy, ale ojciec się nie zgodził kupować, ale musiał dawać im pieniądze, a oni dawali pokwitowania. Jednego razu wpadli, myślałam, że to już nasz koniec, że nas wszystkich pozabijają, bo ojciec nie chciał im już nic dać i w dodatku wystąpił do nich ostro - mówi do nich- zamordowaliście mi syna i to w taki sposób, że ja bym zwierzętom tak nie zrobił. Wtedy jeden uderzył ojca karabinem i ojciec padł na ziemię nieżywy, a my zaczęliśmy krzyczeć, wtedy zabrali się i poszli. Ojciec pomału odzyskał przytomność. Przez całą zimę wpadali po Polakach i w różny sposób się odgrażali. Młodzi chłopcy uciekali, bo kogo z młodych napotkali to zaraz zabierali - zabrali tak Staszka Rogosza.

Ale nastała wiosna 1947 r. przyjechało polskie wojsko do naszej wioski i wszystkich resztę pozostałych Ukraińców wywieźli na zachód. Od tej pory banderowcy już nie wpadali, jeszcze gdzieś czasami wpadali, ale byli już łagodni, raczej prosili o żywność, ale Polacy nie chcieli ich wspomagać i pomału wszystko się skończyło, nastały czasu spokoju - tyle pamiętam

 

Siemaszko Cecylia

Zapraszamy na blog  - http://krzywcza.blogspot.com/

Facebook Google Twitter Myspace Yahoo Blogger Digg Live Reddit Linkedin Icio Furl Techno Poleć na Gadu-Gadu Wykop Śledzik 7821217