Krzywcza - Trzy Kultury

Krzywcza - pełna wspomnień...

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Polish English French German Irish Russian Ukrainian
Krzywcza.eu - Dla wszystkich, którzy dobrze wspominają lata spędzone w Krzywczy.

Wojenne losy mojej rodziny cz.2

Email Drukuj PDF

Równiecz podczas II części programu Zwykli, niezwykli – ku chwale krzywieckim bohaterom wojennym ogłoszono konkurs na pracę dotyczącą wojennych losów rodziny lub wojennej historii miejscowości, w której mieszkasz. Na konkurs wpłynęło kilkadziesiąt prac, a laureatami Gminnego Konkursu literackiego „Wojenne losy mojej rodziny” zostali:

 

W kategorii wiekowej: uczniowie klasy IV – VI:

I miejsce – Emilia Gądek z Reczpola,

II miejsce – Emilia Grochoła z Ruszelczyc

III miejsce – Piotr Mazur z Reczpola

 

W kategorii wiekowej: uczniowie gimnazjum:

I miejsce - Julia Fednar z Reczpola i Natalia Amarowicz z Reczpola

II miejsce - Sebastian Król ze Skopowa i Arleta Łysik z Babic

III miejsce - Martyna Brożyniak z Ruszelczyc i Gabriela Grzegorzak z Babic

IV miejsce - Szymon Bandyk z Babic

 

W kategorii wiekowej: młodzież ponadgimnazjalna i studenci do 25 roku życia:

I miejsce – Aleksandra Pawłowska z Woli Krzywieckiej

II miejsce – Gabriela Dec z Krzywczy

III miejsce – Sabina Błotnicka z Reczpola

Ponadto komisja konkursowa wytypowała uczestników, którzy swoje prace zaprezentują na antenie Radia Fara. W gronie tych osób znaleźli się: Emilia Gądek, Emilia Grochoła, Sebastian Król, Arleta Łysik, Szymon Bandyk i Aleksandra Pawłowska. Praca Aleksandry Pawłowskiej zostanie opublikowana także w czasopiśmie „Głos znad Sanu”.

Patronat medialny nad projektem objęli: portal internetowy Krzywcza Trzy Kultury, Radio Fara, kwartalnik społeczno – kulturalny „Głos znad Sanu”.

Poniżej publikujemy nagrodzone prace we wszystkich kategoriach wiekowych.

Piotr Haszczyn [lipiec 2016]

 

 

 

W kategorii wiekowej: uczniowie klasy IV – VI:

I miejsce – Emilia Gądek z Reczpola

za pracę:

,,Moja wieś podczas II wojny światowej

 

Moja miejscowość Reczpol, w której mieszkam  wraz z rodzicami i dziadkami jest piękna a  szczególnego uroku dodają jej  przełomy skaliste  wzniesienia, a wokół otaczają, jak pędzlem malowane lasy

Jak każda wieś ma swoją niepowtarzalną  historię i zapewne tajemnice o których nikt się nie dowie.

            Kataklizm wojenny, który rozpoczął się w 1939 roku, nie uchronił mojej  wsi. Początkowo nie było kontaktu z nieprzyjacielem, budowa umocnień przebiegała więc szybko i sprawnie. Okolice Reczpola obsadził batalion 48 pułku piechoty pod dowództwem pułkownika Nowaka. Pomiędzy stanowiskami strzelców rozmieszczono okopane działa 2 dywizjonu 11 pułku artylerii lekkiej oraz armaty pułkowe. Dalej na północ, aż do południowego skraju lasu w sąsiedztwie Średniej rozciągały się pozycje 56 pułku piechoty pułkownika Kocura, wspartego dodatkowo baterią dział 11 pułku artylerii, 49 pułk piechoty podpułkownika Hodały stanowił odwód dowódcy dywizji, płk. Prugara- Ketlinga.

Artylerię ogólnego działania stanowiły pozostałe siły 11 pułku oraz 3 bateria 60 pułku artylerii ciężkiej. Kiedy dowódca dywizji był już w drodze do Krasiczyna, gdzie miała odbyć się narada w sztabie Grupie Operacyjnej ,,Południe” odziały polskie zostały niegroźnie zaatakowane przez niemieckie samoloty. W południe natomiast do polskich stanowisk zbliżył się zmotoryzowany odział rozpoznawczy 7 dywizji piechoty. Dostał się on pod bardzo skuteczny ostrzał polskiej artylerii i został rozproszony ponosząc straty. Dwie godziny później, po krótkim, ale intensywnym przygotowaniu artyleryjskim siły niemieckie przystąpiły do natarcia od strony Ruszelczyc. Atakujących powitała nawała polskiej artylerii, w wyniku której przeciwnik został zmuszony do odwrotu tracąc wielu zabitych i rannych. 

W tej sytuacji na Polaków skierowany został ostrzał niemiecki artylerii i wezwanego na pomoc lotnictwa. Pomimo, iż ostrzał, a zwłaszcza działania lotnicze spowodowały pewne straty w polskich oddziałach, nie mogły zmienić ogólnego stanu zmagań i rozstrzygnąć bitwy na korzyść Niemców.

W sytuacji kiedy polskie opozycje obronne były zbyt trudne do przełamania, taktyka niemiecka przewidywała ich obejście. Polacy, mając zagrożone tyły musieliby wówczas opuścić swoje okopy, a ich kolumny marszowe stałyby się łatwym celem dla lotnictwa i zmotoryzowanych oddziałów pościgowych. W polskich liniach obronnych pomiędzy Sanem na południu a bezdrożami leśnymi na północy nie było żadnej luki.  Niemcy zmuszeni byli do ataku frontalnego. Na polskie pozycje ponownie spadł grad pocisków artyleryjskich. W chwilę później Niemcy przystąpili do kolejnego natarcia, tym razem głównymi siłami i na szerokim froncie. Jedynie na południowym skraju polskich pozycji, nad samym Sanem, Niemcom udało się zdobyć część polskich okopów. Polscy  żołnierze walczyli bardzo dzielnie na całej długości polskiej linii obrony wróg został odparty ponosząc przy tym znaczne straty.

Do największej bitwy doszło 13 września 1939  roku pod Krzywczą, a jej ślady można odnaleźć na cmentarzu w Krzywczy, gdzie w zbiorowej mogile są pochowani świadkowie tych wydarzeń- żołnierze.

Przeprowadziłam rozmowę z  Panem Edwardem Błachutą który urodził się w 10.06.1926 roku w Reczpolu gdzie mieszka do dziś. Z wielkim wzruszeniem opowiadał, gdy podczas II wojny światowej w miejscowości  stacjonowały wojska niemieckie, a później rosyjskie panował strach choroby i wielki głód, szczególnie wiosną. Niejednokrotnie mieszkańcy dostawali informacje, że nocą ma przyjść nieprzyjaciel. Młodzi chłopcy tak jak Pan Błachuta ukrywali się w pobliskich lasach, aby uniknąć obozów koncentracyjnych lub przymusowej pracy.

Pan Edward opowiedział mi także, że w czasie wojny w Reczpolu mieszkało dużo ludzi narodowości ukraińskiej, gdy sytuacja powoli zaczęła wracać do normy  na terenie gminy zaczęto ewidencjonować ludność część rodzin z pochodzenia ukraińskiego przesiedlono na teren Ukrainy i ZSRR, a rodziny w połowie ukraińskie przesiedlono  na zachód Polski – opowiada Pan Edward. Sytuacja radykalnie się zmieniała na niekorzyść w marcu 1945 r. kiedy trwała to akcja przesiedlenia Ukraińców, której to starała się przeciwstawić Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i jej zbrojne ramię- Ukraińska Powstańcza Armia (UPA). Początkowo ich działalność miała charakter propagandowy, odezwy  wzywające Polaków do nie popierania prowadzonej akcji przesiedleńczej. Odnotowywano częste napady o charakterze rabunkowym. Równocześnie przeciwko UPA wystąpiło polskie podziemie zbrojne. Incydenty rabunkowe zdarzały się w każdej wiosce , w Reczpolu miał miejsce napad na folwark księdza Jana Laski . Pod groźbą użycia broni zabrali 5 koni, a rządcę dotkliwie pobito.

Ludzie, którzy posiadali niewielkie gospodarstwo jak rodzice Pana Błachuty musieli zadbać o swoje rodziny I nie było im łatwo ponieważ musieli oddać  część urodzajów na daninę, a część została skradziona przez grasujące bandy. Mieszkańcy, którzy nie posiadali ani skrawka ziemi pracowali we folwarku którym zarządzał ksiądz proboszcz z Krasiczyna,  w zamian otrzymywali pół wiadra pszenicy lub kilka kilogramów ziemniaków. W folwarku uprawiano w większości zboża hodowano 80 sztuk bydła, 6 koni dlatego najmowano tutejszą ludność. Praca była ciężka od rana do zmierzchu.

Pomimo tak ciężkich czasów zadbano o to aby młodzież mogła się spotykać, przy folwarku  w wyznaczonej izbie wolny cza spędzali na rozmowach nauce tańca, itp.   nie mogło to trwać do późnych godzin nocnych ponieważ mogłoby  to być bardzo niebezpieczne z uwagi na częste patrole wojsk nieprzyjaciela. Zdarzało się, że młodzi ludzie wychodząc z domu nigdy nie wracali , jak relacjonuje Pan Błachuta wywożeni byli do prac przymusowych najczęściej na zachód. Tak też się stało ze zmarłą żoną Pana Błachuty która w czasie trwania wojny został wywieziona do niemieckiej rodziny jako służąca. Po zakończeniu wojny wróciła do swojej ukochanej miejscowości, niestety nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ona , po wielu ślad zaginął na zawsze.   

W tych  trudnych czasach nie zapomniano o edukacji, Pan Edward wspomina jak uczęszczał do szkoły gdzie wówczas było tylko cztery klasy, a chodzenie do szkoły nie było obowiązkowe.  Początkowo nauczał nauczyciel o nazwisku Dobierz, następnie pani Nakryjkówna, która była osobą bardzo miłą i miała bardzo dużo cierpliwości do dzieci.

Słuchając tych wspomnień miałam mieszane uczucia, ale towarzyszył mi niepokój, strach i doszło do mnie, że to były ciężkie czasy i straszne. Jestem szczęśliwa, że żyję w wolnym kraju mogę chodzić do szkoły, kościoła, na spacery bez obawy, że mogę nie wrócić do domu.

 

II miejsce – Emilia Grochoła

z kl. VI Niepubliczna Szkoła Podstawowa w Ruszelczycach

za pracę:

 

II wojna światowa była największym konfliktem zbrojnym w historii świata, trwająca od 1 września 1939 roku do 8 maja 1945 roku. Pozostawiła w psychice ludzi strach przerażenie i rozpacz z przeżytych chwil. Na podstawie opowiadań Pana Michała Ducia chciałabym przedstawić jego historię z okresu II wojny światowej. Żeby to zrozumieć musimy cofnąć się w czasie do lat 1939-1945.

   Pan Michał Duć mieszkał niedaleko granicy dzielącej ZSRR, III Rzeszę czyli rzeki San w miejscowości Bartkówka. Jego historia jest bardzo smutna i drastyczna. Wszystko zaczęło się gdy do okolicznych Żydów zaczęły zjeżdżać się rodziny z Niemiec, po krótkim pobycie zaczęły pakować cały swój dobytek i wyjeżdżać na wschód. III Rzesza zajęła zachodnią część kraju, lecz to nie był koniec, od wschodu, kilka tygodni później, wkroczyli Sowieci. Ludzie zostali wzięci na dwa ognie. Rodzina Pana Michała podlegała pod okupację Sowiecką. Sowieci wysiedlili ludność znajdującą się w odległości 800 metrów od granicy. Wraz z mieszkańcami Bartkówki wysiedlono ludność ukraińską, ale również ludność z innych miejscowości wzdłuż Sanu. Wywieźli ich w marcu 1940 roku. Mogli zabrać bydło, swój dobytek i co się dało. Wyruszyli do Dylągowej, dalej furmankami dojechali do Niżankowic. Tam czekał na nich pociąg, załadowali ludność i wywieźli na Polesie Wołyńskie. Osiedlili ich w miejscowości Sarny, w koloniach poniemieckich, gdzie pozostały gospodarstwa opuszczone przez wysiedlonych Niemców. Rodzina Pana Michała zatrzymała się  przy drodze między Mydzkiem, a Stydyniem. Znajdowało się tam poniemieckie gospodarstwo. Mieli oni krowę i konia, dostali też nieco kartofli. Pomagali im Ukraińcy. Wszyscy byli bardzo życzliwi i pomocni. Wiedli tam spokojne życie przez 3 lata. W 1942 roku zaczęły się tworzyć bandy, do nich należeli ci, którzy zgłosili się na ochotnika, żeby służyć Niemcom. Z początku mordowali Żydów. Często robili sobie z tego drwiny. Ludzie obawiali się, że jak skończą z Żydami wezmą się za Polaków. I tak się niestety stało zaczął się mord. Nocą pojawiły się łuny na niebie, paliły się polskie domy, polskie wioski, kolonie, na których osiedlono Polaków. Jednak rodzinie Pana Michała nic się nie stało. Naprzeciwko mieszkał niejaki Ramel, był Polakiem zamożnym, co prawda. Nagle w jedną z tych nocy pełnych strachu i przerażenia, Ukraińcy wpadli do Ramlów. Było ich w domu czworo Pan i Pani Ramlowa, ich syn i synowa bo syn dopiero co się ożenił miał na imię Olek. Ukraińcy przywiązali go do słupa telefonicznego i go piłą porżnęli. Pana Ramla ukrzyżowali na deskach od stodoły. Zrabowali, co mogli i odjechali pod osłoną nocy. Pan Michał miał wtedy 6 lat. Rodzina Pana Michała planowała ucieczkę. Mieli piękną klacz, która ciągnęła wóz z dobytkiem. W drodze wóz utknął, jedna klacz nie poradziła sobie z ciężarem wozu.

Ojciec Pana Michała pożyczył silnego i zdrowego ogiera i te dwa konie, wyciągnęły wóz z dołu. Oddali konia, gdy byli już w Hucie Stepańskiej, gdzie Polacy się tak żarliwie bronili. Ruszyli w dalszą drogę, do Sarnów, a była ona bardzo ciężka . Zaopiekował się nimi jakiś pan. Mieszkali u niego i mogli chodzić do kościoła, co wcześniej było niemożliwe. Po dojechaniu na miejsce, Niemcy obiecali im, że odwiozą ich tam skąd przybyli. Pewnego dnia załadowali ich do pociągu na stacji, stamtąd wywieźli ich do Lwowa. A tam przygotowali transport do Niemiec. Dojechali do Przemyśla, gdzie był postój. Ponieważ byli porozdzielani, brat Pana Michała Antek, uciekł z pociągu i doszedł piechotą do Bartkówki. Reszta rodziny została odtransportowana do Niemiec. W Niemczech przybyli do Kassel. Stamtąd trafili do łaźni, wykąpali ich, i ubrali. A potem rozdzielili. Według opowiadań Pana Michała ciotkę z  dziećmi i Panią Józefę Mudrykową, wzięli do pracy w fabryce. A rodzinę Pana Michała wywieźli do Breitenbach w górach Herzbert. Pana Michała i jego mamę dali do gospodarstwa niejakiego Johanna Vettera. Potocznie zwano to gospodarstwo „Kipkiss”. Bardzo dobrze im się tam żyło przez pierwsze dni. Niestety zaczęły bombardowania amerykańskich samolotów. Pan Michał w trakcie tych bombardowań stracił rękę. Jego matkę wywieźli. Dopiero później odnaleźli się i powrócili do Bartkówki. Teraz Pan Michał wiedzie spokojne życie.

II wojna światowa była trudnym okresem w życiu Pana Michała, nie tylko jego, wielu ludzi na tym ucierpiało i skutki są widzialne aż do dzisiaj, nie tylko w ranach które pozostały, ale również  w pamięci i psychice ludzi.

 

III miejsce – Piotr Mazur z Reczpola

za pracę:

„Moja wieś podczas drugiej wojny światowej”

 

Źródło –oryginalne zapiski przesłane w formie listu pt. „Moje wspomnienia z Reczpola za okres 1937-1948”. Autor listu: Helena Andrzejewska, córka Florentyny i Władysława Laska administratora dworku i majątku w Reczpolu. Jej stryjem był ksiądz dr. Jan Lasek, proboszcz w Krasiczynie.

Fragmenty treści oryginalnej opartej na faktach autentycznych. 

„Przyszedł pierwszy  września 1939r wybuchła wojna. Tą polną drogą od Krzywczy wędrowały gromady ludzi z tobołkami na plecach i dziećmi – uciekali przed Niemcami. Ludziom we wsi udzieliła się panika i przyszli do tatusia poradzić się czy powinni również uciekać przed Niemcami. Tatuś kategorycznie odradzał, twierdził, że Niemcy ich nie tylko dogonią ale i przegonią a w tym czasie nieuczciwi ludzie zniszczą ich dobytek. Usłuchali i bardzo dobrze zrobili.”

„Za uciekającymi ludźmi nadciągało polskie wojsko. Majątek był najlepszym miejscem odpoczynku dla wojska i koni. Od tej pory zawsze ktoś u nas kwaterował”.

„Zbliżali się Niemcy, na tej polnej drodze między Reczpolem a Krzywczą  doszło do szturmu. Zginęło tam bardzo dużo żołnierzy z obydwu stron. Zostali tam pochowani w jednej mogile. Teraz tam stoi metalowy krzyż. Zbliżał się front. Tatuś zarządził, aby wszystkie konie i krowy odprowadzić do lasu, a nam spakować niezbędne rzeczy i również udać się do lasu. Noc spędziliśmy w głębokim jarze, a nad nami świstały kule z jednej i drugiej strony. Rano ucichło wszystko i zastanawiano się kto powinien iść do domu i sprawdzić co się dzieje. Mamusia stwierdziła, że pójdzie ona, bo gdyby poszedł któryś z mężczyzn- spotkanie z Niemcami mogłoby się różnie skończyć. Kiedy mamusia dotarła do domu, nadeszło trzech Niemców, o coś pytali, ale mamusia nie rozumiała, musieli to być kwatermistrze. Tatuś stwierdził że wracamy do domu. Od tej pory nasz dom zmienił się na miejsce kwaterunku wojska. Niemcy zostawili nam mały pokoik z oddzielnym wejściem i kuchnię, natomiast trzy pokoje zajęli dla swojego sztabu. W takich warunkach przemieszkaliśmy do 1941r.

„17.IX.1939r Niemcy zawarły układ ze Związkiem Radzieckim i podzielili się Polską. U nas granicą był San. Automatycznie zostaliśmy rozdzieleni ze stryjem, ponieważ Krasiczyn został po stronie rosyjskiej a my po stronie nienieckiej.

„Drugi front przeżyliśmy w 1941r. W nocy z 20 na 21 czerwca Niemcy kwaterujący u nas wynieśli się tak cicho, że kiedy rano wstaliśmy, nie zastaliśmy ani wojska, ani koni, ani armat, natomiast w oddali było słychać wybuchy armatnie”.

„Tatuś zajął się zabezpieczeniem rodziny. Od furtki biegnie droga w stronę gościńca która rozdzielała oba ogrody, z prawej ten ze stawami, a z lewej z gęsto rosnącymi wiśniami.. W tych wiśniach tatuś wybudował schron. Schron wykonano w kształcie litery zet ( co miało utrudniać przedostanie się odłamków) z dwoma wyjściami. Jedno wyjście z prawej strony, a drugie u wylotu drugiej strony. Z prawej strony ulokowana była nasza rodzina, a z lewej rodzina Godzieniów”.

„25.VI. 41 r. pierwszy pocisk uderzył w prawy ogród, z przerażeniem wskoczyliśmy do schronu. Drugi pocisk uderzył dokładnie w nasz schron z naszej strony. Siostra była najdalej wysunięta z prawej strony i zobaczyła straszny ogień, zaczęło się na nią walić. Mamusia zaczęła ją ciągnąć w stronę naszego wyjścia, ale było zablokowane, zaczęła nas wypychać do drugiego wyjścia, tam już wychodziła rodzina Godzieniów. Ja wydostałam się pierwsza i stanęłam żeby poczekać na mamusię i siostrę i zobaczyłam ogromny słup dymu. Kiedy wyszła mamusia i Wandzia stwierdziłam, że nie wyszedł tatuś. Wrzasnęłam gdzie nasz tatuś i pobiegliśmy z tym krzykiem do wsi za Godzieniami. Prawdopodobnie w tym czasie kiedy w nas uderzył pocisk tatuś wsuwał się do schronu dlatego nasze wejście było zablokowane. Po naszej ucieczce siła pocisku opadła na dół i wywróciła nasz schron do góry nogami. Do schronu trzeba było się wsuwać nogami i tatuś prawdopodobnie nie zdążył  schować się cały, bo kiedy go znaleźliśmy miał poprzecinane ręce, a z głowy nie został ślad. Gdybyśmy nie uciekli, to samo byłoby z nami”.

„Zginął tatuś mając 44 lata i 20 letnia pastuszka, która czekała na wejście do schronu. Nikt z nas nie wiedział, że tam była bo musiała przyjść w ostatniej chwili. Ponieważ cała była na zewnątrz, z niej pozostały tylko włosy rozciągnięte na wiśniach i część kręgosłupa. Gdyby nie te włosy, to byśmy nawet nie wiedzieli, że tam zginęła”.

„Tylko te dwa pociski spadły na majątek, wszystkie inne spadały w okolicach strażnicy. Sama strażnica nie została nawet draśnięta, pociski spadały na tę niewykończoną dyżurkę, z której zostały same drzazgi. W naszym domu nie wypadła nawet 1 szyba.”

„W 1944 r. mieliśmy trzeci front najłagodniejszy. Niemcy uciekali, nadciągali Rosjanie. Nie było starć ogniowych, jedynie Niemcy bombardowali okoliczne lasy tropiąc partyzantów”.

„1.08.44 r. wybuchło powstanie w Warszawie, a do nas przyszło 200-tu chłopów w wieku 20-30 lat, kwiat młodzieży z dowódcą ze Lwowa –szli z pomocą powstańcom. U nas zatrzymali się na odpoczynek. Jakże inaczej przyjmowało się tych ludzi, tak radośnie, to byli nasi. Ale oni u nas przeżyli szok, dostali rozkaz, że nie wolno zbliżać się do Warszawy. Jakże oni się denerwowali, jak bluźnili. Nie wiem czyj to był rozkaz, w każdym razie po odpoczynku przez kilka dni wrócili do Lwowa”.

„Nadszedł bardzo ciężki czas- banderowcy. Naprzeciw Reczpola za Sanem była wieś ukraińska Kupna dalej w stronę Krzywczy Chyrzynka, a na wprost Krzywczy Chyrzyna. Te wsie były schronieniem Banderowców. Wtedy nikt nie spał spokojnie, co noc jakaś wieś się paliła. Ludzi mordowali i rabowali co się dało i palili. Reczpol jakimś cudem omijali, zresztą w Reczpolu mieszkali tez Ukraińcy i nie mieliśmy z nimi żadnych zatargów, a raczej mamusia miała u nich swoich chrześniaków. Bardzo niebezpieczna była droga z Przemyśla przez las Korotyński i to pod górę nie było można przyśpieszyć. Tam banderowcy napadali na przechodzących, rabowali i mordowali. Księgowy z Babic pojechał do Przemyśla po pieniądze dla pracowników, rowerem. Banderowcy dowiedzieli się o tym i zaczaili się w lesie na niego. Tymczasem księgowy spotkał samochód wojskowy i zabrał się nim razem z rowerem. Tymczasem nadjechał inny mężczyzna na rowerze, napadli na niego, ponieważ nie miał pieniędzy zamordowali go. Kiedy ja szłam już był sprzątnięty i nic nie widziałam. Podobne wieści docierały, że pod cmentarzem powiesili trzech mężczyzn, przebijając im przez uszy kołki i za to ich powiesili, kogoś okręcili drutem kolczastym i wrzucili do Sanu, rano wyłowiono go z wody”.

„W końcu zarządzono akcje „Wisła”. Wysiedlono wszystkich Ukraińców z wiosek nad Sanem i wywieziono ich na zachód, a wsie spalono. Również z Reczpola rodziny ukraińskie zostały wysiedlone. Wtedy banderowcy nie mieli gdzie się schronić, nie miał ich kto żywić i wynieśli się do Rumunii i Bułgarii i ta sprawa została zamknięta”.

 

 

W kategorii wiekowej - uczniowie gimnazjum:

 

I miejsce - Julia Fednar z Reczpola

Brak wersji elektronicznej artykułu

 

I miejsce - Natalia Amarowicz

Reczpol

Ucz. kl. III a Gimnazjum w Krzywczy

za pracę:

MOJA WIEŚ PODCZAS II WOJNY ŚWIATOWEJ

 

1.                Wybuch wojny i kampania wrześniowa.

      II wojnę światową rozpoczął 1 września 1939r. o godzinie 4.45 atak niemiecki na pozycje polskie rozmieszczone wzdłuż granic, od Morza Bałtyckiego po Karpaty (1600 km). Mimo dużej przewagi w wyposażeniu wojska i przygotowaniu do działań zbrojnych, Niemcy natrafili na opór ze strony żołnierzy polskich. Niemieckie plany szybkiego zajęcia terytorium Polski zostały pokrzyżowane, a obrona naszego kraju trwała ponad miesiąc. Szerokim echem odbiły się kolejne walki obronne. Najgłośniejsze z nich to:walki o budynek Poczty Polskiej w Gdańsku, bitwa pod Mławą,bohaterska obrona Westerplatte, krwawe walki o Warszawę, największa z bitew - nad Bzurą. Za ostatnią z walk uznana została bitwa pod Kockiem, która zakończyła działania w wojnie obronnej Polski w 1939 roku.

       13 września jeden z frontów dotarł do ziemi krzywieckiej. Od świtu żołnierze polscy 11 Karpackiej Dywizji Piechoty przygotowywali stanowiska obronne, kopiąc okopy.  Jak podają świadkowie, okoliczni mieszkańcy przynosili im wodę do picia oraz ciepłą zupę. Armia niemiecka nadeszła od strony Babic. Pod wieczór rozpoczęła się zacięta walka, która potem przeniosła się na Górę Krzywiecką. Stamtąd do wystraszonych ludzi dochodziły odgłosy wystrzałów i krzyki. Po bitwie żołnierze polscy wycofali się w stronę Przemyśla, zabierając ze sobą broń i armaty. Według relacji świadków kilka armat czekało w gotowości w Reczpolu (w miejscu, gdzie dziś jest dom pana Edwarda Wajdy) – przewożono je potem przez tzw. Działy. Postępujące za Polakami wojska niemieckie 15 września zajęły Przemyśl.

    Reczpol jako miejscowość nie ucierpiał podczas działań z 13 września. Część mieszkańców o tym co działo się w Krzywczy dowiedziała się, gdy udali się na niedzielne nabożeństwo do kościoła parafialnego. Mama opowiadała mi, że nieżyjąca już babcia Ludwika (ur. 1933r.) wspominała, że gdy szła ze swoim tatą do kościoła, przechodzili obok zabitych. Mówiła też, że w Krzywczy były już czołgi z niemieckimi żołnierzami, a od jednego z nich dostała czekoladę, którą  jadła pierwszy raz w życiu.

2.                Okupacja niemiecko - sowiecka.

     Jak wiadomo 17 września 1939 r. od wschodu na Polskę napadł ZSRR. Na mocy przedwojennego paktu Ribbentrop – Mołotow na Sanie powstała nowa niemiecko – sowiecka granica. Sowieci obawiali się, że ludność masowo zacznie uciekać przez San do strefy niemieckiej. Na początku października rozpoczęli budowę nadgranicznych umocnień. Mieszkańcy Reczpola w ramach szarwarków, czyli robót przymusowych, bronowali pas graniczny, stawiali zasieki, wieże obserwacyjne, schrony, stanowiska karabinów maszynowych.Za przekroczenie rzeki groziła wywózka, a nawet śmierć. Mimo to wielu ryzykowało przeprawę na drugi brzeg: jedni, by ratować życie, inni - żeby zarobić na przemycie.

    Reczpol w całości znalazł się pod okupacją niemiecką. Wmiejscowości stacjonowały wojska niemieckie, dla których wybudowany został budynek strażnicy granicznej, po wojnie użytkowany jako szkoła (do lutego 2006r.). W obecnej świetlicy wiejskiej mieścił się spichlerz. Żołnierze niemieccy stołowali się często w budynku dworu (dziś nie istnieje), który mieścił się na działce pani M. Kwaśnej naprzeciw kościoła.

    Sytuacja mieszkańców w czasie wojny była bardzo trudna. Musieli z okupantem dzielić się tym, co stanowiło ich utrzymanie, najczęściej produktami rolnymi czy hodowlanymi. Jeśli nie chcieli oddać wyznaczonej części, zabierano ją siłą. Sami nierzadko głodowali. Podstawowym daniem była kukurydzianka na mleku albo faramuszka, a w wyjątkowych przypadkach zupa z szabagi lub pokrzyw. Niedożywienie niosło ze sobą choroby i śmierć. Zimą Niemcy wykorzystywali mieszkańców do odśnieżania dróg.

      Jeden ze świadków tamtej historii, mieszkająca w Reczpolu pani Maria Buś opowiadała, że w czasie okupacji chodziła do szkoły, która mieściła się wtedy w budynku obecnego przedszkola. Wspominała, że nie wszyscy mogli dotrzeć do szkoły zwłaszcza zimą, bo wszechobecna bieda sprawiała, że nie mieli butów. Z jej relacji wynika, że Niemcy nie wymagali bezwzględnie nauki w języku niemieckim, ale szkoła znajdowała się pod ich ścisłą  kontrolą. Co ciekawe, świadectwa szkolne wypisywano zarówno po polsku, jak i po niemiecku.

    Pani M. Buś wspominała też, że przed wojną w Reczpolu mieszkały dwie rodziny żydowskie, ale nie wiadomo nic o ich prześladowaniu, bo opuściły miejscowość krótko przed wybuchem wojny.

     W jej relacji pojawiło się stwierdzenie, że w Reczpolu lepiej było w czasie wojny niż po zakończeniu. A to wszystko za sprawą band UPA, które nękały ludność na naszym terenie. Sowieci, banderowcy wykazywali się o wiele większym okrucieństwem niż Niemcy. Chodzili po wiosce nocami, napadali na gospodarstwa, siejąc grozę i strach. Zastraszali, kradli

i rabowali, co popadło. Potrafili nawet dzieciom wyrywać ostatni kawałek chleba. Tych, którzy przeciw nim próbowali się sprzeciwiać, bestialsko mordowali. Mama opowiadała mi, że babcia Ludwika nieraz we wspomnieniach wymieniała nazwiska osób zabitych przez banderowców, lecz ona ich nie pamiętała. Podobno we wspomnieniach wojennych

 z dzieciństwa te okropne obrazy napadów  sowietów utrwaliły się najmocniej.

 

3.                „ Nigdy więcej wojny…”

    Okropność czasów wojny  przekazywana przez jej świadków  powinna u każdego wywołać refleksję. Myślę, że najlepszym komentarzem do tego będzie napis – apel umieszczony niedaleko Pomnika Obrońców Wybrzeża na Westerplatte, który brzmi:  „ Nigdy więcej wojny…”. Pamiętając o tym, co przeżyli nasi przodkowie i przekazując tę wiedzę przyszłym pokoleniom, musimy przede wszystkim troszczyć się o to, aby między ludźmi panował pokój i zgoda.

 

II miejsce

 

Sebastian Król ze Skopowa

Brak pracy w formie elektronicznej

 

i Arleta Łysik z Babic

za pracę:

,, Losy Wojenne mojej rodziny”

 

            Mama mojego taty, a moja babcia ma na imię Elżbieta Łysik (58 lat). Jej rodzice Stanisław i Janina Marynowscy w 1937 roku zawarli sakrament małżeński. Rodzina Marynowskich doświadczyła wojny z kilku stron: wywózki na Sybir oraz wysiedlenia. A zaczęło się tak:

Rodzice babci mieszkali na dawnych terenach Polski w Nadalniczu koło Lwowa w tamtych czasach w powiecie Żółki. Obecnie te tereny należą do Ukrainy. Tam urodziły się dwie siostry babci Zofia (77lat) oraz Danuta (74Lat). W tamtych czasach na tym terenie było bardzo wielu Polaków i Ukraińców. Te dwie narodowości żyły razem w zgodzie. Dopiero, jak Niemcy napadli na Lwów i zmierzali w kierunku Stalingradu kontakty między Polakami, a Ukraińcami uległy pogorszeniu. Ze względu na to, że Niemcy obiecali Ukraińcom wolną Ukrainę. Ukraińcy po złożonej obietnicy przez Niemców dołączyli do nich. Polscy obywatele musieli uciekać na inny teren bo Ukraińcy i Niemcy mordowali Polaków, a prababcia mając dzieci jedno w wieku trzech lat, a drugie dopiero po urodzeniu musiała uciekać razem z mężem i dziećmi. Na wiosnę 1944 roku uratowali się przed pewną śmiercią. Zostawiając nowo wybudowany dom dostali nakaz opuszczenia miejsca zamieszkania w ciągu 48 godzin. Mieli zebrać swój majątek (to co najważniejsze do przeżycia) i pociągiem w bydlęcych wagonach przyjechali do Brzozowa, a potem do Ostrowa. Jeszcze na wiosnę w tamtych czasach był mróz i śnieg, jak to powiada określenie ,, po pas”. Jak prapradziadek Wojciech budził się o świcie do pracy musiał kopać tunel by wyjść drzwiami. Czasami zdarzało się, że musiał wychodzić oknem bo drzwi nie dało się otworzyć. W czasie podróży umarła prababcia mojej babci i została pochowana w Brzozowie. W Ostrowie mieszkała ludność ukraińska. Oni także dostali nakaz opuszczenia tych ziem i udania się na Ukrainę, a gospodarstwa, które po sobie pozostawili były zasiedlane przez Polaków. Dlatego moja babcia mieszka nadal w Ostrowie tak jak do niedawna jej rodzice, którzy dostali drewniany dom po rodzinie ukraińskiej. Niestety dla moich prapradziadków nie było już domu na terenie Ostrowa, więc dostali nakaz zasiedlenia teren Olsztyna. Tam z kolei mieszkali Niemcy, którzy wyjechali do Niemiec i zostawiali gospodarstwa. Dlatego w Olsztynie i Elblągu mam bardzo dużą rodzinę. Prapradziadek dostał po Niemcach konie i nimi pracował w polu. Lecz konie popołudniu już nie chciały iść, ponieważ były uczone przez Niemców, że pierwsza godzina mówiona halt ! i konie miały wtedy przerwę od pracy zgodnie z niemiecką regułą i dyscypliną tresowania zwierząt. Gospodarstwa Niemców były bardzo duże. Ludność niemiecka zostawiała wszelkiego rodzaju maszyny i nowe domy. Do powiatu Żółki wysyłano więźniów i niewinnych ludzi, by ciężko pracowali. Praca polegała za zakopywaniu mokrych terenów i jej odwadniania. Gdy ziemia wysuszyła się siano i orano ją. Mówiono, że była to najżyźniejsza ziemia w Polsce. Mojej prababci i jej rodzicom udało się uciec, ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Wujek prababci i kuzynostwo zostało wywiezione w głąb Rosji i do tej pory nikt nie wrócił i nigdy już o nich nie słyszano. Była to rodzina od strony pradziadka Stanisława, ale siostra prababci Janina wróciła do ziemi Polskiej po wywózce. W 1958 roku razem z mężem i trojgiem dzieci osiedliła się koło Wrocławia w Oławie.

Więc w taki o to sposób mam rodzinę rozrzuconą po Polsce : na Mazurach, na Pomorzu, na Śląsku, w Inowrocławiu, w Legnicy, w Opolu, w Żorach. To rodzina ze strony pradziadka, a rodzina ze strony prababci to: Elblągu, Wrocławiu i Dąbrowie. Tak potoczyły się losy mojej rodziny do, której mam szczęście należeć.

 

III miejsce

Martyna Brożyniak z Ruszelczyc

za pracę:

Moja wieś podczas II wojny światowej.

 

Nazywam się Martyna Brożyniak. Jestem uczennicą klasy 1b Gimnazjum w Zespole Szkół w Krzywczy. Uczestniczę w projekcie edukacyjnym „Zwykli niezwykli – ku chwale krzywieckim bohaterom wojennym” – etap II 2016. Projekt ten związany jest z losami Ziemi Krzywieckiej w okresie II wojny światowej. W jego ramach organizowany jest konkurs literacki na tekst prozatorski. Do dyspozycji miałam dwa tematy, z których wybrałam „Moja wieś podczas II wojny światowej”.

Działania wojenne związane z wybuchem II wojny światowej w miejscowości Ruszelczyce, miejscu mojego zamieszkania nie rozpoczęły się 1 września 1939r. wraz z napadem hitlerowskich Niemiec na Polskę. Zwiastunem nadciągającego kataklizmu wojennego były tu, wycofujące się przez Ruszelczyce w kierunku na Przemyśl polskie oddziały wojskowe. W nocy z 12 na 13 września przez Ruszelczyce przeszła 11 Karpacka Dywizja Piechoty[1] z Armii Małopolska pod dowództwem pułkownika dyplomowanego Bronisława Prugar-Ketlinga, która na wzgórzach położonych na wschód od pobliskiej miejscowości Krzywcza i Wola Krzywiecka zorganizowała linię oporu przed nadciągającą niemiecką 7. Dywizją Bawarską[2]  i częściami 2. Dywizji Górskiej[3], pod dowództwem generała majora Otto Eugena. Główne natarcie sił niemieckich nastąpiło w godzinach przedpołudniowych w dniu 13 września 1939r. od strony Ruszelczyc. Pomimo zmasowanego ataku oraz wsparcia niemieckiego lotnictwa, które bombardowało i ostrzeliwało z broni pokładowej polskie pozycje obronne, nie udało się Niemcom rozstrzygnąć losów bitwy pod Krzywczą na swoją korzyść. Skutecznie zorganizowana obrona sprawiła, że Niemcy nie zdobyli w walce bronionych wzgórz. Do opuszczenia pola zwycięskiej walki z Niemcami zmusiła Polaków obawa pułkownika Bronisława Prugar-Ketlinga, że dowodzona przez niego 11 KDP zostanie odcięta od Przemyśla, kolejnego etapu odwrotu w kierunku Lwowa. Bitwa ta pomimo to przeszła do historii jako przykład polskiego sukcesu z pierwszych dni wojny. We wrześniu 1939 r. polska armia, o wiele mniejsza liczebnie i znacznie słabiej uzbrojona od wkraczających wojsk niemieckich, nie miała większych szans na skuteczne odparcie agresora. Jednak nie brakowało jak pokazuje przykład bitwy krzywieckiej męstwa i odwagi polskiemu żołnierzowi, który skutecznie opóźniał nazistowską inwazję.

Ruszelczyce, w okresie II wojny światowej w początkowej jej fazie znalazły się pod zwierzchnictwem Wehrmachtu, następnie zostały włączone do Generalnego Gubernatorstwa, którego siedzibą był Kraków. Zgodnie z zachowaną przez Niemców polską strukturą administracyjną na poziomie samorządu gminnego, Ruszelczyce weszły w skład gminy Krzywcza. Władzę na terenie gminy sprawował z nadania niemieckich władz okupacyjnych, w pełni jej posłuszny wójt narodowości ukraińskiej, co było jednym z elementów nazistowskiej polityki mającej na celu zaognianie wzajemnych polsko – ukraińskich stosunków. Sołtysi wsi wchodzących w skład gminy, w tym również sołtys wsi Ruszelczyce musiał pilnować aby gospodarstwa chłopskie objęte obowiązkiem kontyngentu czyli przymusowych dostaw płodów rolnych i żywego inwentarza na potrzeby armii niemieckiej, na czas wypełniali swoje zobowiązania. W przeciwnym razie groziły srogie kary z pozbawieniem życia włącznie. Oprócz wyzysku materialnego, ludność Ruszelczyc musiała świadczyć obowiązkową pracę na rzecz okupanta, głównie na terenie powiatu przemyskiego Zakazana była w Ruszelczycach tak jak i w całej okupowanej Polsce edukacja dzieci w języku ojczystym, z programu nauczania zniknęły przedmioty określające i utrwalające tożsamość narodową. Okrutne represje, wywózka do III Rzeszy na przymusowe prace oraz  egzekucje ludności w tym żydowskiej, również nie ominęły mojej miejscowości, były chlebem powszednim.

Po przejściu w lipcu 1944r. przez Ruszelczyce frontu i wkroczeniu na ziemie południowo-wschodniej Polski  Armii  Czerwonej zapanował względny spokój, wzrosło natomiast obciążenie materialne ludności, zobowiązanej do utrzymywania wyzwolicieli. Okres ten przerwany został jednak z nadejściem wiosny 1945r. kiedy to oddziały Wojska Polskiego oraz  Armii Czerwonej odeszły wraz z oddalającym się na zachód frontem walk. Rozpoczął się okres terroru Ukraińskiej Powstańczej Armii, wspierającej zbrojnie prowadzoną przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów politykę mającą na celu usunięcie Polaków z ich ziem, które nacjonaliści z frakcji banderowskiej uznawali za etnicznie ukraińskie. Eksterminację Polaków dodatkowo wzmagała trwająca od 1944r. akcja przesiedlania Ukraińców z terenów przygranicznych (obszar objęty akcją to teren województw rzeszowskiego, lubelskiego i krakowskiego) do ZSRR. Wysiedlenia dokonywano na podstawie zawartego 9 września 1944r. Układu pomiędzy Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a Rządem Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad dotyczący ewakuacji obywateli polskich z terytorium U.S.R.R. i ludności ukraińskiej z terytorium Polski. Akcje UPA wymierzone były w bezbronną najczęściej ludność polską, miały m.in. zniechęcić do zajmowania przez nią pozostawionych przez wysiedlonych domostw (o ile nie zostały spalone) i ich ziem. Ruszelczyce jak również okoliczne miejscowości, usytuowane po prawej i lewej stronie rzeki San stały się w tym okresie areną dla okrutnych, krwawych i bezlitosnych zbrodni dokonywanych na miejscowej ludności polskiej oraz na ludności ukraińskiej czekającej na wywózkę (w ramach akcji odwetowych). Ogromowi tragedii dorównywał jedynie stopień zezwierzęcenia oprawców. Odmawiano sobie wspólnie prawa do życia. Uzurpując prawo do jego pozbawiania w imię idei obłąkanych z nienawiści przywódców ukraińskich nacjonalistów. Ich wizja stworzenia państwa ukraińskiego z części ziem polskich doprowadziła do tragedii ludności obu narodowości  oraz stworzyła spiralę następnych, jeszcze bardziej okrutnych mordów. Do dnia dzisiejszego trwa wzajemna wrogość, z nikłą tak naprawdę szansą na porozumienie. Kultywowaniu tej nienawiści sprzyja obecny klimat polityczny na Ukrainie, gdzie żyjący jeszcze członkowie UPA uzyskali prawa kombatanckie, skupiająca ich w latach wojny organizacja uznana została za walczącą o niepodległą Ukrainę, a przywódcom i inspiratorom rzezi stawia się pomniki jak bohaterom narodowym.

W pamięci żyjących jeszcze świadków tamtych wydarzeń– mieszkańców Ruszelczyc – lata II wojny światowej zapisały się jako bezustanne zmaganie się z okrutnym losem narodu zniewolonego. Była to lata ciągłej i nieustającej walki o przeżycie trwającego jeszcze dnia z tlącą się w sercu nadzieją na dotrwanie do kolejnego. Towarzyszył im nieodłączny strach o żyjących członków rodziny połączony z bólem po utraconych już najbliższych. Wspomnienia te ciągle są żywe, wyciskają łzy z oczu i powodują ucisk w klatce piersiowej kiedy o nich mówią. Tragizm wydarzeń lat wojny wzmacnia fakt, że po przejściu frontu, mordującymi w nocy bez cienia litości byli nie Niemcy ale normalni za dnia zdawać by się mogło „sąsiedzi”.

 

III miejsce

Gabriela Grzegorzak z Babic

za parcę:

LOSY WOJENNE MOJEJ RODZINY

 

Przedstawiona poniżej historia dotyczy brata mojego pradziadka Michała Kurasza. Wspomnienia, które opiszę w pracy pochodzą z książki ,,Na fali historii- wspomnienia Polaków w Chile’’. Książka została opracowana i wydana przez Ambasadę RP w Chile.

Michał Kurasz urodził się 29 września 1923 roku w miejscowości Iskań. Zmarł 14 października 2014 roku. Po wojnie na stałe osiedlił się w Chile, gdzie otworzył swoją kawiarnię. W swoich wypowiedziach zawsze podkreślał, że bardzo brakuje mu Polski, a przed oczami ciągle ma Bieszczady.

,,Miałem szesnaście lat, kiedy wybuchła wojna. Byłem wtedy w domu, kiedy nagle wszedł tata i powiedział:

-Michał, wojna się zaczęła!

Poczułem wtedy taki wielki smutek wewnętrzny, że nawet nie chciałem tego ojcu mówić. Czułem, jakbym miał kamień na sercu. Bolało mnie to, że Polska zostanie niewolnikiem.

To był wrzesień 1939 roku’’.

Te słowa opisują dopiero początek dramatu, którym była wojna.

,,W 1942 roku dostałem zawiadomienie, że muszę się zgłosić do koszar w Przemyślu. Stamtąd nie mogłem już wrócić do domu. Z koszar Niemcy wywieźli nas pociągami towarowymi do obozów przymusowej pracy. Przez cały dzień i przez całą noc dali nam tylko wodę do picia.

W obozie żywili nas liśćmi brukwi, do których dodawali parę kartofli, z czymś to jeszcze mieszali, żeby było trochę bardziej gęste. Na dzień jedliśmy jedną menażkę takiej zupy. Obóz znajdował się na terenie lotniska w miejscowości Flughafen, niedaleko Plattling. Pracowaliśmy przy budowie bunkrów, w których Niemcy ukrywali swoje samoloty. Obóz pracy powstał w miejscu, gdzie wcześniej była stajnia dla krów. Można się było tego domyślić, ponieważ prycze, na których spaliśmy, były zrobione ze żłobów. Na każdej z prycz spało trzech mężczyzn. Obóz był ogrodzony drutami elektrycznymi, na wieżyczkach strażniczych stali uzbrojeni w karabiny maszynowe żołnierze niemieccy. Codziennie o piątej trzydzieści rano przychodził strażnik z gwizdkiem, żeby nas obudzić. A o dziewiątej wieczorem wyłączali nam już światło. Opowiadaliśmy więc sobie z chłopakami kawały po ciemku, aby podtrzymać się na duch. Nie wiedzieliśmy, co przyniesie kolejny dzień’’.

Po prawie trzech latach nadszedł dzień wyzwolenia. Tamtego dnia, nikt nie zagwizdał na pobudkę. Do obozu zaczęły zbliżać się czołgi Amerykanów. Wszyscy zaczęli uciekać, chowając się w zbożu.

,,Kiedy skończyła się wojna miałem 22 lata, ważyłem 38 kilogramów. W obozie przymusowej pracy byłem prawie trzy lata. Od grudnia 1942 do wyzwolenia przez wojsko amerykańskie 3 maja 1945 roku. Dokładnie pamiętam tę datę.

W grudniu 1945 zabrałem się z jednostką amerykańską do Austrii. Najpierw myłem talerze w kuchni, potem wzięli mnie do pomocy, aż w końcu zacząłem pracować prywatnie
i uczyć się cukiernictwa. Nie wiedziałem, co się stało z moimi rodzicami podczas wojny. Któregoś dnia dostałem list ze stemplem Czerwonego Krzyża. To był list od ojca. W ten sposób dowiedziałem się, że żyją. Napisałem do nich list, że bardzo za nimi tęsknię i że chciałbym ich zobaczyć, ale jednocześnie prosiłem ojca o radę, co robić, gdyż miałem możliwość wyjazdu za granicę. Na to ojciec odpisał mi: Michał, do domu zawsze możesz wrócić. Wówczas każdy list przechodził przez cenzurę, zrozumiałem więc, że ojciec nie mógł mi więcej napisać. To dla mnie oznaczało jedno: Nie wracaj. Wielu chłopaków w moim wieku wróciło po wojnie do Polski- od razu trafiali do koszar, musieli odbyć obowiązkową służbę wojskową. Cztery lata. Ja tego nie chciałem. Ja chciałem w życiu coś zobaczyć, czegoś się nauczyć, zdobyć jakiś zawód’’.

W Austrii mieszkał od grudnia 1945 roku, do grudnia 1948 roku. W grudniu 1948 roku wypłynął statkiem ,,Marco Polo’’ z portu w Genui do Chile. Podróż trwała dwadzieścia sześć dni. Na statku było ponad tysiąc osób.

,,Na statku było fantastycznie! Od razu po wejściu na pokład zgłosiłem się do kuchni
i przyjęli mnie bez żadnego problemu. Nie chciałem za to pieniędzy, chciałem po prostu pracować. W ten sposób miałem możliwość wstępu do pierwszej klasy, wieczorami mogłem chodzić na potańcówki, pić wino, tańczyć z eleganckimi paniami… Nieważne, że niektóre
 z nich wyglądały tak, że z łatwością mógłbym być ich synem lub wnukiem’’.

W końcu nadszedł czas, aby zacząć życie od nowa, w innym kraju, z dala od rodziny, bez nikogo bliskiego…

,,(…) po pierwszych dniach tutaj zrozumiałem, że to raj na ziemi: owoce, dużo owoców…  Tu było wszystko. A my przyjechaliśmy po wojnie i wszystko oszczędzaliśmy, każdy kawałek chleba. Po przeżytej wojnie czułem się jak lis, który ucieka przed myśliwymi,
a uciekając chowa ogon między nogi. Przecież ja jestem cukiernikiem dlatego, że po trzech latach jedzenia wyłącznie zupy kartoflanej nigdy więcej nie chciałem zaznać głodu’’.

Również tutaj przyszedł czas na miłość. Wuj bardzo chciał ożenić się z Polką. Jego marzenie się spełniło 17 listopada 1951 roku. Jego żoną została Aurelia Zajączkowska.

,,Odkąd przyjechałem do Chile, od razu zacząłem ciężko pracować. Po pracy przychodziłem do domu, do tych wynajętych czterech ścian i czułem, że się duszę. Czasami
 z tęsknoty płakałem. Pracowałem dwa lata w hotelu Carrera- to była moja pierwsza praca. Ale miałem duże aspiracje i chciałem spróbować pracować na swoim. Z czasem zacząłem dobrze zarabiać, kupiłem pierwsze maszyny do cukierni, potem samochód, najpierw używany, po jakimś czasie nowy, w końcu kupiłem także dom’’.

,,Zdałem sobie sprawę, że uczciwą pracą rąk można sobie polepszyć byt. Ja cenię sobie życie spokojne, ciche, wesołe. Trzeba być wytrwałym. Każdy człowiek ma jakieś zalety, ale nie każdy o tym wie. Uczciwa praca uwalnia i uszlachetnia człowieka. Bardzo mało ludzi to odczuwa. Na żadnym uniwersytecie o tym nie mówią’’.

Wuj kilkakrotnie przyjeżdżał do Polski. Odwiedzał rodzinne strony, swoją siostrę
 i braci. Osobiście niestety nigdy go nie poznałam, ale czytając książkę odniosłam wrażenie, że był wspaniałym, bardzo wartościowym człowiekiem. Myślę, że jego powyżej zacytowane słowa zachęcają do refleksji i zastanowienia się nad naszym życiem.

 

 

W kategorii wiekowej: młodzież ponadgimnazjalna i studenci do 25 roku życia:

 

I miejsce:

Aleksandra Pawłowska z Woli Krzywieckiej, uczennica II Liceum Ogólnokształcące im. Kazimierza Morawskiego w Przemyślu

 

            W poniższej pracy przedstawiona jest sytuacja wsi Wola Krzywiecka, podczas II wojny światowej. Źródłem informacji zawartych w mojej pracy jest wiedza zdobyta podczas wywiadów z mieszkańcami wsi, wspominającymi tamten okres. Warto zwrócić uwagę, iż dla osób udzielających mi odpowiedzi na pytania, wojna nie jest czymś, o czym z chęcią chcieli opowiadać. Towarzyszące rozmowie łzy, chwile smutku, żalu i pretensji są na to najlepszym dowodem.

Cofnijmy się, więc 77 lat wstecz…

Wola Krzywiecka, mała wieś, dookoła drewniane chaty pokryte strzechą, ściany
z grubych belek podtrzymujących całą konstrukcję, podłoga to jedynie gliniane klepisko.
W jednej chacie zwierzęta, które są źródłem pożywienia, ciepła i jednocześnie wielodzietne rodziny. Ojcowie, wylewając siódme poty, pracują na roli wykorzystując konie pociągowe. Matki krzątające się przy kuchni, gotujące jedzenie dla gromadki swoich dzieci, które zajęte są przystrajaniem domów rękodziełami. Zapach zupy mlecznej niesie się po całej wiosce. W izbie obok muczące krowy, dające znak, by je wydoić. To mały obrazek ukazujący wiejskie i spokojne życie większości mieszkańców, do czasu…

Pierwsze dni września… na pagórkach dostrzec można polskich żołnierzy, którzy ostatkami swoich sił kopią okopy. Mieszkańcy w poczuciu wielkiej solidarności przygotowują posiłki dla swoich żołnierzy. Ojcowie, mężowie, bracia, zostawiają w chatach całe swoje rodziny, by iść i bronić ojczystej ziemi.

Wczesny ranek, trzynasty dzień września, II wojna światowa dociera do Krzywczy. Walka rozgrywa się na polach krzywieckich. „Na wojnie wygrywa ten, kto najmniej błędów popełnia”- zapewne z tak myśleli polscy żołnierze. Do miejscowości Wola Krzywiecka dochodzą jedynie odgłosy zrzucających z samolotów bomb, płaczów, jęków i krzyków. Dostrzec można kłęby dymu unoszące się w powietrzu. Kilka godzin później jest już po wszystkim. Jest wiele rannych, ale byli i tacy, którzy oddali życie w imię swojej ziemi. Większość mieszkańców pogrążona jest w ogromnym smutku. Ich rodziny pomniejszyły się. Kilka dni później mieszkańcy znajdujący się w schronach, piwnicach czy w okopach widzą,  jak ich sąsiednia miejscowość - Średnia zostaje zbombardowana. Wszystko płonie. Niemcy przejmują kontrolę na naszych terenach. Życie mieszkańców diametralnie się zmienia - kiedyś spokojne, teraz pełne strachu i cierpienia. Wszystko dzieje się w zastraszającym tempie.

Wojsko niemieckie zaczyna stacjonować w krzywieckim dworku. Niemcy nakładają na mieszkańców obowiązek oddawania kontyngentów. Od każdego z gospodarstw pobierana jest część jego dorobku, są to najczęściej produkty rolne oraz hodowlane. Niektórzy z naszych nieprzyjaciół wydają nakazy, by dana rodzina wyprowadziła się ze swojego domu, żeby oni mogli go zająć. Zakładane są miejsca pracy dla okolicznych mieszkańców. Mężczyźni zmuszani są do wykonywania robót publicznych, między innymi ich zadaniem jest odśnieżanie dróg. Wynagrodzeniem dla robotników staje się trzykilogramowy worek ziemniaków, wydaje się, iż to nędzna zapłata, jednak czasami było to jedyne pożywienie dla niektórych rodzin. Jeżeli ktoś nie stawi się do pracy wówczas groziła mu kara.

Niemcy poczynają kolejne kroki… Roboty przymusowe stanowią jedną z głównych metod pozyskiwania taniej siły roboczej dla niemieckiego przemysłu i rolnictwa, a zarazem jedną z form eksterminacji ludności terytoriów podbitych przez III Rzeszę. Wywózki dotyczą głównie niezatrudnionych według gminnych „spisów bezrobotnych”. Nadeszła wiosna, rok 1940… przymusowa branka na roboty do Niemiec przybrała charakter masowy, teraz nie tylko bezrobotni mieszkańcy mogli być skazani na to piekło, obawiać się musiał każdy,  kobiety i mężczyźni.

Z czasem Niemcy biorą w swoje ręce także edukację Polaków, która jest pod ich całkowitą kontrolą. II wojna światowa jest tragiczna nie tylko dla tych, którzy byli gotowi walczyć, ale także dla ludności cywilnej, która próbuje przeżyć te trudne czasy.

Niemieccy żołnierze nie są w stanie przejść obojętnie obok niewielkiej liczby Żydów zamieszkujących tereny Woli Krzywieckiej. Swój zbrodniczy plan likwidacji całego narodu żydowskiego przeprowadzali w sposób systematyczny i szczegółowo zaplanowany. Działo się to najczęściej nocami, Żydzi byli nachodzeni w swoich domach i wywożeni bez możności zabrania ze sobą czegokolwiek. Wszystko rozgrywa się tak szybko…

Jak zabija głód? Rok 1942 z pewnością odpowiedział na to pytanie mieszkańcom Woli Krzywieckiej. Zimowe, listopadowe dni 1941 roku przynoszą obfite opady śniegu. Zasiane wcześniej zboża przez długi czas, bo aż do kwietnia następnego roku marzną pod grubą śnieżną pierzyną. Jak mówi stare przysłowie „W marcu, kto siaćnie zaczyna, biednyć to gospodarzyna.” Kończą się ubiegłoroczne zbiory w spiżarniach, rolnicy są bezsilni, bo przecież już dawno powinni zacząć zasiew pól. Jedyne co im pozostaje to modlić się do Boga o jak najlepszą pogodę. Dzieci płaczą, proszą o coś do zjedzenia. Sąsiedzi pomagają sobie jak tylko mogą. Brakuje sił na poszukiwania czegoś jadalnego. Ich przysmakiem staje się być pokrzywa i szabaga, rośliny, które przed zjedzeniem trzeba odpowiednio wyparzyć i ugotować. Rarytasem są buraki. Wiele osób szuka pożywienia w lesie. Zbierają zmrożone, ubiegłoroczne grzyby i owoce lasu. Niektórzy podczas takich poszukiwań, z wycieńczenia umierają. Wraz z upływem czasu śnieg topnieje. Rolnicy decydują się na zasiew dopiero w maju. Na wsi krąży powiedzenie: „Jak się sieje w maju, to się zbiera w jaju.”

Dzień 8 maja 1945 roku… przynosi kres największemu i najbardziej krwawemu konfliktowi zbrojnemu w historii z niemieckim okupantem, lecz nie kończy gehenny działań ukraińskich band UPA. Ludzie powoli dochodzą do siebie, jednak nie są oni już tacy sami. Są bogatsi o wiele nieprzyjemnych oraz jakże tragicznych wspomnień, o których trudno będzie im zapomnieć. II wojna światowa przyniosła opłakane skutki. Straty wśród ludności cywilnej są ogromne.

Dziś, stawiając czoło prawdziwej postawie, reprezentującej prawdziwych Polaków, naszym zaangażowaniem i życiem dziękujmy za wolne i niepodległe państwo, między innymi szanując i nie wstydząc się symboli narodowych,które świadczą o niezależności, dumie i sławie naszego państwa. Świadomi zła i okrucieństwa owych lat, stańmy na straży wolności i pokoju. Za bohaterski opór, jaki naród polski stawiał, jesteśmy winni dziś niezłomną postawę ewidentnych Polaków. Pamiętajmy, iż naród, który traci pamięć przestaje być narodem. Staje się jedynie zbiorem ludzi czasowo zajmujących dane terytorium. Jesteśmy synami narodu, który śmiało można uważać za jeden z najlepszych.

 

II miejsce:

Gabriela Dec z Krzywczy

za pracę:

Dawno temu, w Krzywczy…

 

Strach, ból, cierpienie – czy w tych trzech wyrazach można zawrzeć okrucieństwo wojny? Czy człowiek współczesny może całkowicie zrozumieć znaczenie tego słowa? Francuski pisarz Émile Zola kiedyś powiedział: „Wojna – to życie, które nie może istnieć bez śmierci”. Nic dodać, nic ująć.

W świadomości mieszkańców Krzywczy w latach 1939-1945, II wojna światowa zagościła na stałe. Ich pamięć ciągle pamięta okrutne wydarzenia, ich oczy ciągle łzawią na myśl o zamordowanych, ich uszy ciągle słyszą odgłosy kul wystrzeliwanych z karabinów, ich serca ciągle krwawią.

Nazywam się Gabriela Dec, mam 16 lat i jestem uczennicą liceum ogólnokształcącego. Moją pracę chciałabym poświęcić miejscowości, w której mieszkam – malowniczej Krzywczy w latach wojennych. Wiadomości wykorzystane w wypracowaniu uzyskałam od krzywieckiego Nikifora – pana Michała Trawnickiego oraz od siostry mojego dziadka -

Krzywcza z obu wojen światowych oraz okresu walk z Ukraińska Powstańczą Armią wyszła bardzo zniszczona. Jednak jej obraz zachował się w pamięci ówczesnych mieszkańców.

Przed wojną wieś tętniła życiem, ludzie wychodzili na rynek, spotykali się. Mężczyźni, aby podzielić się nowinkami o coraz to lepszych technikach uprawy roli, a kobiety, aby poplotkować o tym i o tamtym. Wszystko było takie proste i beztroskie w stosunku do tego co miało nadejść. Na wiele rzeczy brakowało, ale każdy mógł liczyć na sąsiedzką pomoc, każdy był na swój sposób szczęśliwy. Aż do feralnego dnia 1 września 1939 roku, kiedy to rozpoczął się trwający 6 lat koszmar, a mianowicie II wojna światowa. Mimo, iż w tamtych czasach nikt nie miał w domu telewizora, wieść o konflikcie rozniosła się w mgnieniu oka. Życie ucichło. W domach i sercach mieszkańców Krzywczy zapanował paraliżujący strach. Ludzie bali się o swoje życie, o swoich najbliższych, o swój dorobek. Nikt nie mógł być pewny jutra.

13 września 1939 roku wojna dotarła również do Krzywczy. O świcie 11 Karpacka Dywizja Piechoty pod dowództwem płk. Bronisława Prugara Ketlinga rozpoczęła organizację pozycji przejściowej obrony. Około południa Niemcy pierwszy raz zaatakowali. Bombardowali i ostrzeliwali z samolotów Krzywczę. W domach ruszały się ściany, z okiennic wylatywały okna, ze ścian spadały obrazy. Ludzie chowali się w piwnicach lub uciekali. Atak powtórzył się jeszcze dwa razy, jednak wszystkie natarcia ostatecznie zakończyły się niepowodzeniem. Mieszkańcy pomagali polskim żołnierzom jak tylko mogli, wykazali się odwagą i męstwem. O zmierzchu 11 KDP wycofała się w kierunku Przemyśla. Na polach krzywieckich pozostali zabici żołnierze. Następnego dnia z inicjatywy ówczesnego proboszcza wyprawiono im pogrzeb i pogrzebano na wzgórzach Krzywczy. Niedługo potem zwłoki ekshumowano i przewieziono na cmentarz, gdzie ponownie pochowano. Mieszkańcy nigdy nie zapomnieli o ich poświęceniu i odwadze, przez cały rok odwiedzają grób żołnierzy i modlą się za nich.

Krzywcza była małym miasteczkiem, gdzie każdy znał każdego. Centralnym miejscem wsi był rynek, znajdujący się mniej więcej w tym samym miejscu co dzisiaj. Wokół niego znajdowały się jarmarki. Po lewej stronie kościoła był mały sklepik spółdzielczy, który
w czasie wojny został spalony. W miejscu, gdzie teraz znajduje się dom państwa Palczaków kiedyś był młyn, który czerpał wodę z Kamionki. Na placu dzisiejszej gminy była poczta, spalona przez UPA. Koło poczty znajdował się browar, miejsce wyrobu piwa. W Krzywczy działał również Posterunek Milicji Obywatelskiej (PMO), napadnięty w kwietniu 1946 r. przez banderowców. Na pamiątkę tego wydarzenia niedawno postawiono pomnik przedstawiający orła, znajdujący się w rynku przy głównej drodze. Budynek dzisiejszej apteki dawniej pełnił rolę żydowskiej Rabinówki. Na miejscu szkoły podstawowej, w tym samym budynku kiedyś była plebania grekokatolicka. W rynku znajduje się także zachowana do dziś kamienica Schächtera, dawniej zamieszkiwana przez Żydów. W tymże budynku mieściła się również piekarnia. W miejscu, gdzie obecnie jest wikarówka, kiedyś mieszkały zakonnice. Opiekowały się one kościołem – sprzątały, układały kwiaty, a nawet pełniły rolę organistek. Istniał również warsztat tkacki, gdzie z weluru wyrabiano chodniki. Można powiedzieć, że
w Krzywczy było wszystko czego potrzebowano. W pewnym momencie zabrakło jedynie spokoju…

Domy wówczas wykonane były z drewna, pokryte strzechą lub trzciną. Zamiast podłogi - glina. Dach często przeciekał, a okna przepuszczały zimno. Ludzie najczęściej jedli to, co sami sobie wyprodukowali – pieczony chleb, ziemniaki, makaron z mlekiem. Wodę czerpali z rzeki. W krytycznym momencie wojny, kiedy kule „latały” tam i z powrotem, część mieszkańców Krzywczy skryła się w tunelu, znajdującym się niedaleko cmentarza pod główną drogą,  który zachował się do dziś. Podobno istniał jeszcze jeden tunel przebiegający pod rynkiem krzywieckim, którego wejście było obok ówczesnego młyna. Chociaż nigdy go nie odnaleziono, dalej krąży o nim legenda oraz o skarbach, które rzekomo się w nim znajdują.

Sytuacja była trudna. Wojna trwała i nikt nie umiał powiedzieć, kiedy dobiegnie jej koniec. Rzeka San była granicą pomiędzy wojskami radzieckimi a niemieckimi, pozostającymi w wrogich stosunkach względem siebie. Ciągłe napady spowodowały, że Krzywcza stała się jak mówi pan Michał Trawnicki – ruiną. A w każdym, kto przeżył wojnę, na stałe odcisnęło się jej piętno.

Bo wojna zaczyna się, kiedy ktoś chce, ale nie kończy, kiedy ktoś prosi, dosięga każdego. Najtrafniej w moim przekonaniu działania wojny ocenił Wiesław Myśliwski mówiąc: „Wojna miesza, zrównuje, chłop czy filozof - wszyscy są do umierania”.

Kończąc moją pracę pragnę jeszcze przytoczyć słowa Józefa Becka: „Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną”. Swoją cenę Polacy już zapłacili, a nam – młodemu pokoleniu pozostaje pilnować, aby ten ogromny wysiłek nie poszedł na marne.

 

III miejsce

Sabina Błotnicka z Reczpola

„Losy wojenne mojej rodziny”

 

            Atak Niemców na Polskę rozpoczął się bez formalnego wypowiedzenia wojny o świcie 1 września 1939 roku. Datę tę uznaje się za wybuch II wojny światowej. Część ziem wcielono do III Rzeszy, natomiast 17 września Armia Czerwona wkroczyła na Kresy Wschodnie i zajęła obszar aż po wschodnią Lubelszczyznę. W centralnej części Polski powstało zależne od Niemiec Generalne Gubernatorstwo.

            II wojna światowa nie bez powodu została nazwana czasem pogardy. Była tragiczna nie tylko dla walczących na froncie, ale również dla ludności cywilnej. Życie każdego Polaka zmieniło się diametralnie i bezpowrotnie. To czas, w którym zwykli ludzie stawali przed najtrudniejszymi decyzjami swojego życia.Wojna niosła ze sobą cierpienie, ból fizyczny i psychiczny, śmierć…

            Moja babcia – Teresa Fenik urodziła się w 1941 roku. Mieszkała wraz z rodziną w Korytnikach. Sama niewiele pamięta z tamtych czasów, gdy panowała wojna, gdyż była wówczas małym dzieckiem. Z opowiadań swojej mamy – Anny Szpontowicz dowiedziała się o tragicznym zdarzeniu z 1943 roku.

            „Zbliżały się święta wielkanocne. Miałam wtedy dwa latka. Wyjątkowo tę noc spędziliśmy w domu. Zazwyczaj ludzie spali po polach w obawie o swoje życie i bliskich. Nad ranem ktoś był pod domem i krzyknął : „Kim jesteś?!”. Mój tato - Piotr, stojąc przy oknie, odpowiedział : „Polakiem”. Wówczas stało się coś strasznego- strzał! Pierwszy… Drugi… Trzeci… Tato spadł z hukiem na podłogę. Mama krzyczała do reszty domowników : „Uciekajcie!”. Babcia w pierwszej chwili ze strachu wzięła mnie z kołyski i wrzuciła do pieca chlebowego, jednak uświadomiwszy sobie co zrobiła, od razu mnie z niego wyjęła. Mama podbiegła do leżącego męża w nadziei, że jeszcze żyje. Niestety było już za późno… nie żył. Sama, próbując uratować ojca, została postrzelona w nogę. Rana była poważna, krew leciała obficie. Aby zatamować strumień, babcia owinęła zranioną nogę mamy prześcieradłem. Trzeba było uciekać jak najszybciej z budynku, ponieważ został podpalony. Nie było to łatwe, jednak cudem udało nam się dotrzeć do potoku znajdującego się blisko domu. Tam przeczekaliśmy do rana. Mama trafiła do szpitala. Było z nią naprawdę źle, dodatkowo w ranę wdało się zakażenie. Była słaba, wycieńczona. Lekarze myśleli, że nie przeżyje. Jednak po długim czasie leczenia przeżyła. Myślę, że to był cud - mówi babcia.

Na zadane pytanie: „Kim były osoby odpowiedzialne za śmierć i spalenie całego dobytku?”, odpowiada : „Najprawdopodobniej  Ukraińcy. Szukali brata mojego taty- Michała Szpontowicza, który rabował osoby powracające do swoich wiosek. Robił to mimo ostrzeżeń i namówień bliskich. Nawrócił się dopiero po śmierci brata, gdy zrozumiał, że to on miał być zabity. Ludzie często wspominali – zginął niewinny i uczciwy człowiek.”

Babcia ze łzami w oczach wspomina dzień, który miał wpływ na całe jej późniejsze życie. Według mnie, wojna zabrała jej zbyt dużo – dom, ojca. Pozostawiła po sobie żal, smutek, cierpienie… Nie pamięta nawet jak wyglądał jej tata. Często śni się jej, jednak nigdy nie widzi jego twarzy. Babcia jest dla mnie wzorem do naśladowania. Zawsze potrafiła  poradzić sobie w trudnych sytuacjach. Chciałabym być tak silna, jak kobiety z mojej rodziny.



[1]
 W jej skład wchodziły:

48. Pułk Piechoty Strzelców Kresowych ze Stanisławowa;

49. Huculski Pułk Strzelców z Kołomyi;

53. Pułk Piechoty Strzelców Kresowych ze Stryja;

11. Karpacki Pułk Artylerii Lekkiej. 

 

[2] W jej skład we wrześniu 1939 roku wchodziły:

-  19 Pułk Piechoty; dowódca płk Hans Zorn;

-  61 Pułk Piechoty; dowódca płk Rudolf Sintzenich;

-  62 Pułk Piechoty; dowódca płk Georg Lang;

-  7 Pułk Artylerii ; dowódca płk Gerhard Steinbauer, a od dnia 24 września 1939 roku płk dypl. inż. Johann Schlemmer;
w jego skład wchodziły:

I batalion – dowódca (najprawdopodobniej) kpt rez. Walter Schramm;

2 batalion – dowódca (najprawdopodobniej) kpt Hartmut von Hösslin;

3 batalion – dowódca mjr Wilhelm Rademacher;

-  1/43 Pułku Artylerii – dowódca I dywizjonu ppłk Hirt, dowódca II dywizjonu mjr Fergg;

-  7 zmotoryzowany batalion przeciwpancerny;

-  7 batalion rozpoznawczy;

-  7 rezerwowy batalion polowy;

-  7 batalion łączności; 

-  7 batalion saperów;

-  jednostki zaopatrzeniowe i pomocnicze.

 

[3]W skład 2 Dywizji Górskiej w 1939r. wchodziły : 
- 136 pułk strzelców górskich (dwa bataliony); 
- 137 pułk strzelców górskich; 
- II/140 pułku strzelców górskich; 
- 111 pułk artylerii górskiej (3 dwubateryjne dywizjony); 
- I/113 pułku artylerii górskiej (dwie baterie , zmot.); 
- jednostki pomocnicze. 

 

Facebook Google Twitter Myspace Yahoo Blogger Digg Live Reddit Linkedin Icio Furl Techno Poleć na Gadu-Gadu Wykop Śledzik 7821217