Krzywcza - Trzy Kultury

Krzywcza - pełna wspomnień...

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Polish English French German Irish Russian Ukrainian
Krzywcza.eu - Dla wszystkich, którzy dobrze wspominają lata spędzone w Krzywczy.

Historia tkactwa

Email Drukuj PDF

Ludzie od najdawniejszych czasów potrzebowali materiałów, aby uszyć ubrania. Już w czasach neolitycznych notuje się pierwsze proste tzw. pionowe warsztaty tkackie do produkcji prostych materiałów. Potrzeba ubrania się jest jedną z najstarszych potrzeb człowieka.

Niewątpliwie i w Krzywczy, zamieszkałej przecież już w czasach neolitycznych, kobiety musiały posiadać warsztaty tkackie, na których wyrabiały materiały potrzebne do szycia ubrań. Z pewnością z biegiem lat i bliżej współczesności warsztaty tkackie były udoskonalane, ale w źródłach pisanych nie zachowały się informacje na ten temat.

Pierwsza wzmianka o istnieniu branży odzieżowej w Krzywczy pochodzi z XV w. Wymienia się, że do pana należy folusz. Folusz to urządzenie do produkcji sukna. Ta informacja potwierdzona jest w roku 1589 kiedy to bracia Orzechowscy dzielili między siebie spadek po ojcu zostawiając sobie dochody z folusza do podziału. Jeżeli istniał folusz to do produkcji sukna potrzebna była wełna. Należy więc sądzić, że w tym czasie ilość owiec hodowanych na naszym terenie musiała być znaczna, by zaspokoić potrzeby na surowiec do produkcji sukna. W późniejszych czasach w różnych dokumentach nie wymienia się już folusza w Krzywczy. Od XVII w. i później nie ma już informacji na ten temat.

A co z tkactwem? Profesor Jerzy Motylewicz w publikacji pt. Miasta Ziemi Przemyskiej i Sanockiej w drugiej połowie XVII i XVIII w. analizując wiele dokumentów nie znalazł w Krzywczy ani jednego Płóciennika. Nie znaczy to, że branża ta w miejscowości nie istniała, ale z trudnych do wyjaśnienia okoliczności nie zachowały się na ten temat zapiski. Widocznie określenie czarna strefa dotyczyła również naszych przodków. Być może warsztaty istniały na przedmieściach lub w okolicznych miejscowościach. Z moich źródłeł archiwalnych wynika, że w roku 1751 poddani księdza proboszcza, tzw. osadnicy na folwarku, oprócz pracy świadczonej w polu byli zobowiązani na rzecz proboszcza składać doroczne daniny. Wśród nich były sztuki płótna. Poddani jednodniowi [jeden dzień w tygodniu pracy] sztuka płótna, dwudniowi 2 sztuki, 4 dniowi 4 sztuki płótna. Tak więc musieli owe płótno produkować we własnych warsztatach lub zakupić u osób, które go produkowały. Można więc śmiało stwierdzić, że w połowie XVIII w. istniała w Krzywczy branża tkacka. Następny wykaz powinności poddanych księdza proboszcza z roku 1798 i z roku 1804 wymienia również jako daninę sztuki płótna.

Produkcja płótna, a co za tym idzie również uprawa konopi i lnu musiała być w Krzywczy i okolicy znaczna, gdyż istniał w miejscowości Blech - Blich, który znajdował się nad rzeczką Kamionką. Miejsce to było przeznaczone do blichowania płótna. Poprzez moczeni w wodzie i suszenie na słońcu płótno się wybielało. Nie zachowały się informacje, by były na nim jakieś dodatkowe urządzenia blichujące. W połowie XIX w. na mapie katastralnej Krzywczy istnieje nazwa Blich wymienionej już części miejscowości znajdującej się na rzeczką, co ciekawsze ta nazwa jest znana i jest używana w czasach współczesnych, ale już mało kto wie, co znaczy.

alt

Pierwszym zapisanym w źródłach tkaczem krzywieckim był Marcin Frankowski wymieniany w roku 1816. Wymieniony jest również Andrzej Wesołowski z Reczpola [mój praprzodek po kądzieli] i Albert Szpytman w roku 1823 oraz Albert Mierzwa w 1842. Być może dokładniejsza penetracja ksiąg parafialnych dostarczyłaby więcej informacji o krzywieckich tkaczach. Wydaje się, że nie była to wielka produkcja, ale z pewnością zaspokajała potrzeby lokalne.

Koniec XIX w. to coraz większy rozwój handlu, a w świecie produkcja maszynowa płócien i materiałów. W większości centrum Krzywczy zostało opanowany przez ludność Żydowską, która trudniła się handlem. Istniało kilka sklepów tzw. bławatnych, w których można było kupić różnego rodzaju materiały. Warsztaty tkackie jednak miały się dobrze, ale ich produkcja była przeznaczona przede wszystkim do najbiedniejszej ludności zamieszkującej nasze tereny.

altNajwiększy dorobek w branży włókienniczej ma syn krzywieckiego rabina Lipa Galler [Na zdjęciu obok]. W 1908 r. ożenił się z Sarele Gottlieb córką przemysłowca przetwórstwa lnu z Oleszyc. Z teściem założył firmę „Gottlieb & Galler”, która produkowała materiały lniane. Po kilku latach firma nazywał się już „Galler & Gottlieb”, a następnie Lipa przeniósł interes do Przemyśla, gdzie samodzielnie prowadził firmę przetwórstwa lnu, która była największa w kraju. Firma ta była też znaczącym eksporterem płótna i przetworów lniarski na rynek europejski. Następnie, po I wojnie światowej, w wyniku zmieniającej się koniunktury, rozpoczął produkcję bielizny bawełnianej. Posiadał przy tym najnowocześniejsze maszyny do produkcji materiałów bawełnianych.

W okresie międzywojennym w Krzywczy nie było już warsztatów tkackich. Funkcjonowały w innych miejscowościach gminny np. w Bachowie. Może gdzieś jeszcze, ale nie ma na ten temat, jak na razie żadnych informacji.

W 1945 r. w wyniku zagrożenia jakie niosły za sobą ataki UPA na miejscowości położone po prawej stronie Sanu do Krzywczy sprowadziła się rodzina Trawnickich. Od pokoleń mieszkali w Brzusce, ale gdy ledwo, co odbudowali swój dom po spaleniu przez UPA ponownie ich dom został spalony i wtedy postanowili opuścić miejsce swego zamieszkania przenosząc się do Krzywczy.

alt

Od początku XX w. [Na zdjeciu powyżej Michał Trawnicki] rodzina była związana z branżą tkacką. Posiadali dwa warsztaty, które pracowały, jak to się mówi na okrągło i zaspokajały zapotrzebowanie na płótno okoliczną ludność. Ale, gdy zamieszkali w Krzywczy już rzadko tkali płótna, ale za to produkowali chodniki. Wielokrotnie jako mały chłopiec lubiłem patrzeć jak Pan Michał jednym zgrabnym ruchem przedziewa łódkę po niciach osnowy i powstaje kawałek po kawałeczku chodnik. Pierwotnie osnowa była z nici lnianych lub konopnych, a dodatkiem były paski materiałów różnego koloru. Nici nie były produkowane na miejscu, ale były kupowane u producentów zewnętrznych. Z tego powstawały kolorowe pasiaste chodniki. W czasach - 80 tych, gdy w Przemyślu zaczął funkcjonować zakład produkcji weluru wtedy ścinki wytworzone w czasie produkcji służyły zarówno do osnowy, jak i przeplatanie. Takie chodniki powstawały do początków lat 90. Po przemianach ustrojowych, gdy sklepy były pełne dywanów i chodników na taką produkcję nie było zapotrzebowania. W produkcji chodników i przy drobnych naprawach warsztatu pomagał p. Michałowi brat Józef. Ostatni raz Pan Michał siedział w swoim warsztacie 21 VI 2008 r. kiedy to nagrywałem filmik, który można obejrzeć poniżej. Po kilku dniach warsztat został oddany do Izby Regionalnej w Śliwnicy. Pan Michał i Józef Trawniccy zachowali w pamięci trudną sztukę tkania, a z ich wspomnieniami można zapoznać się czytając materiały zebrane w poniższych linkach. Całe szczęście, że wiele wiadomości o zawodzie tkackim zostało uratowanych od zapomnienia.

Tekst i zdjęcia Piotr Haszczyn

Film Ostatni Tkacz został zrealizowany w 2012 r., ale nagranie zostało zrobione 21 lipca 2008 r.

http://youtu.be/s-lpP7wM9Uo

Zdjęcia wykonane w 2008 r.

Film z badań terenowych Letniej Szkoły Tkactwa Ludowego zrealizowny przez Martę Graban-Butryn, Karolinę Waszczuk i Krzysztofa Butyna.

 

http://www.youtube.com/watch?v=L-aqESZjF10&feature=player_embedded#!

Rozmowa z braćmi Józefem i Michałem Trawnickimi oraz Panią Danutą Śliwińską.
Wywiad został przeprowadzony w miejscowości Krzywcza oraz w Regionalnej Izbie Pamięci w Śliwnicy przez Martę Graban-Butryn oraz Karolinę Waszczuk  w dniu 14 października 2011 roku, w ramach projektu Letnia Szkoła Tkactwa Tradycyjnego. Wybrane ośrodki tkackie.
 

Rozmowa z braćmi Józefem i Michałem Trawnickimi oraz Panią Danutą Śliwińską

 

Rozmowa z braćmi Józefem (JT) i Michałem Trawnickimi (MT) oraz Panią Danutą Śliwińską (), założycielką Regionalnej Izby Pamięci w Śliwnicy.

Wywiad został przeprowadzony w miejscowości Krzywcza oraz w Regionalnej Izbie Pamięci w Śliwnicy przez Martę Graban-Butryn (MG) oraz Karolinę Waszczuk (KW) w dniu 14 października 2011 roku, w ramach projektu Letnia Szkoła Tkactwa Tradycyjnego. Wybrane ośrodki tkackie.

Józef Trawnicki (ur. 1930 r.) z bratem Michałem (ur. 1925 r. ) od najmłodszych lat zajmowali się tkactwem. Pochodzą z Huty Brzuskiej, gdzie się urodzili, a obecnie mieszkają w miejscowości Krzywcza.

JT: […]w Hucie Brzuskiej, tam koło Birczy. Do kościoła i do komunii byłem w Birczy, w tamtej parafii. A tu to już w czterdziestym piątym roku zamieszkaliśmy na stałe . […] Nas było ośmiu braci i siostra jedna. Jeden w Łotwie zginął, drugi w Niemczech, trzeci w Gruzji tam […]wcielony był od nas, jak była nawałnica na Sanie tam byli Ruskie, a tu Niemcy to on jako poborowy, porucznik poborowy i dwóch z naszej wioski wzięli do ruskiego wojska i normalnie, przecież oni mieli władzę nad nami. I dostał się do wojska do Gruzji. Ale jak Anders prowadził całe armie, uciekł stamtąd, wszystkich z wojska zwolnili Polaków i do najcięższych robót na Sybir. […]

Tkactwem trudnili się dziadek, ojciec i bracia Panów Trawnickich. W domu funkcjonowała pracownia tkacka, która na zlecenie mieszkańców okolicznych wsi na krosnach przędła płótno. Jako jedyna pracownia w okolicy zbierała wiele zamówień co było przyczyną zaangażowania do pracy całej męskiej części rodziny.

MT: Tato był tkacz, tak. […]Trawnicki Michał, z Huty Brzuskiej, gmina Bierczy.

JT:[…]Ojciec to zaczął, potem pierwszy syn, drugi. Na dwa warsztaty.[…][Ojciec]to rozwinął na szeroką skalę. Drugi warsztat i tam tych nici to na dziesięć wozów drabiniastych nie zabrałby co tam było. […] A nieraz te cewki trzeba było kręcić do czółenka. To była robota. To my właśnie te młodzi, starsze robili, a my musieli przygotować właśnie ten materiał, te cewki. Ja nakręcił tyle, że tam mieli, ale brakło i ja se wziął taki potocek płynął tam zaraz w pobliżu domu i kawałek z łozy takiej kore, zrobił se taki ten i woda płynęła i tu taki wiatraczek i woda spadało i to mi się obracało. Ja się tym bawiłem. Miałem wtedy osiem lat. […]i on [tata]przyleciał i chciał mnie złapać dlaczego ja tu, nie tam, nie kręcę. […]

MT: My zawsze tatowi podawali czółenko. Nieraz spadło tatowi. […]

JT:[…]My tylko już jako chłopaki, jak kto przyszedł, nazwisko, karteczka i wieszać. A mieliśmy dużo kotów, żeby tam myszy nie poszły, żeby to nie poprzegryzała, bo to komu później. To te łapki, nie łapki to musieliśmy tak pilnować. […]To trzeba było cały czas wyrabiać. Tylko się wstało i cały dzień trza było ciachać. […]Przed wojną, po wojnie już nic się nie robiło, tylko potem te chodniki. Lnu już nikt nie chciał. To jeszcze wszystko było przed wojną. […]Każdy siał ten len. Wioski, każdy dom, wszystko przynosiło.[…]

MG: To kto tkał? Pan, Pana brat Michał, tato?

JT: Oj to Władek, Franek, Jasiek, wszystkie, te najstarsze przedtem. Bo przecież z tego my się utrzymaliśmy. To było dla nas utrzymanie całkowite. Tak jak mówię zboża nie trzeba było nam siać. […]Jeszcze chleb i inne rzeczy. […]To tylko jako ta omasta, a płacone było za metr. To się opłacało, bo to tak masowo przywozili, nie odmawiali my, tylko proszę bardzo się przyjmowało. A przyjąć to i trzeba wyrobić. Z mamą pojechaliśmy z płótnem od nas przez las, sankami w zimie pojechaliśmy, to z góry na dół, to z tym płótnem my jechali na sankach do Hołowic, aż pod Sanok. […]Było gotowe, a nie przyszedł. To my pojechali, a tam było akuratnie ich święto, bo tam akuratnie same te ukraińskie wioski. Było ich Boże Narodzenie i my tam akurat przyszli. Pamiętam jak dziś, ja tego nigdy nie jadłem, ale to fasola z rosołem. Ta duża „jasiek” fasola z rosołem. Mówię -„Mamo popatrz jak oni to jedzą”. Ja spróbował, dobre to było. Ta duża fasola z rosołem, zamiast makaron tak jak u nas makaron przeważnie, a tam ta fasolka i rosołem zalana. […]My tam byliśmy, nasza wioska była tylko jedna czysto polska, ta Brzuska, a naokoło to same mieszańce bo i Ruskie i Ukraińce i Polacy. Bo to się żenili tu jedno z drugim. […]

MG: A kiedy już można było pracować na warsztacie?

JT: Ja tam długo nie pracował. Michał to robił, to ja tylko tak nieraz lubiałem tam też się zainteresować jak to jest. […]A ja mu tam pomagał, bo musiał ktoś pomagać bo nawlec, czy to, czy tamto. Nawet te naczynia co przedzielają, umiemy sami to wszystko robić, ten grzebień co zwija, to też umiemy sami to wszystko robić. […]

MT: Było mase, mase tej przędzy, trzeba było pomagać, kręcić osnowę, cywki te […]

A później my już długo mogli tkać, ale osnowę musieli tata snuć. Bo to byli najważniejsza osnowa. A później my się już nauczyli snuć, teraz umimy snuć. Tam trza było tak snuć, na tej karuzeli z tych osnowek, szesnaście szło pasmo, szesnaście nici. I widzi Pani na tym są przywiązane takie kołki […]tam się zaczynało i później na dole takie o poprzeczne kołki. […] i tu w górze przybierało się pary te szesnaście tych, tam musieli pary być na tych kołkach tu. To później było potrzebne do regulowania. […]a na dole na tych dolnych kołkach to nie, tylko żeby o tak o, tam później odwrotnie. I to są te szesnastki o […]to byli ganki. To było bardzo trudne i my się nie mogli odważyć, i tu trzeba było wysokiego chłopa do tego karuzela. […]tu było najłatwiej [na krosnach], a najważniejsze to jest osnowa. […]

MG: A na jarmarkach sprzedawali panowie?

JT:Nie no, jak ktoś miał za dużo to może sprzedawał, ale po co, jak każdy miał swój. Czy na worki, czy na płachty, czy na prześcieradła, czy kaftany. Kaftany chodzili przecież chłopy.

Wojna zadecydowała o losach braci Trawnickich, którzy z wyjątkiem Michała Trawnickiego zaprzestali pracy na warsztacie tkackim.

JT: Tylko tych dwóch, dwa warsztaty to dwóch. Potem ten pojechał do Łotwy to zginął, najstarszy z czternastego roku. Ten co skrzypce miał pojechał do Niemiec […]Nie to już tylko Michał to został, bo on później te chodniki, skórki ktoś przyniósł, nici zwykłe, też takie szare. Teraz też nie przędną ludzie tylko w sklepie kupują już takie nici szpule te. Silne nici i takie skórki nacięte albo kolory różne z takich swetrów różnych takich i on to też tkał kolorami. A potem te powlekane z tego to były bele, to były chodniki z tego super, bo to się dobrze pierze, ładnie wygląda. Jeszcze kolorami, pasami to zrobił, jeszcze w dodatku, że to się nie pali. U nas tam się zapaliło na górze od piecyka krzesło i koło piecyka. Śnieg był, kto tam ognisko pali na śniegu? A on już przyszedł skądś, bo tam na górze mieszkał i to palące krzesło z tą kurtką wyrzucił przez okno do śniegu na polu. Ja wchodzę tam, a tam pełno dymu, ledwom tam zaszedł. I byliby my, tu śpimy, a tam się dach pali. Przez takie o te. Ale to, że tam te chodniki, że się podłoga nie zapaliła. Te chodniki się nie palą.

Praca w warsztacie tkackim, jak i przy przędzeniu nici nie była łatwa. Wysiłek fizyczny powodował bóle kręgosłupa, a pył z przędzy utrudniał oddychanie.

JT: Przecież to są prochy, to jakeśmy robili to musieliśmy mieć tego jak w szpitalu na oddychanie maseczki. […]Jak taka babcia starsza to i gruźlice i tego, to ona tym wrzecionkiem wszystko, to potem kołowrotki nastały wcześniej tylko wrzeciona.

Warsztat, na którym tkane były płótna należał do dziadka Pana Michała i Pana Józefa. Dziś znajduje się w Regionalnej Izbie Pamięci w Śliwnicy.

JT: […] Mój ojciec, jego ojciec zmarł, a ożenił się z matką ojca, taki Mazoch się nazywał i już miał ten warsztat jak przyszedł i ojciec się przy tym nauczył. Ale też jak on coś tam robił to nie wolno było, nie pozwalał ani nitki przerzucić. Bo tam się takie czółenko przerzuca. Przyjechał skądś i: -„Już żeś tam palce pchał”. Już tam do ojca krzyczał. […]Już coś tam z niciami nie tak, a chciał się coś tam nauczyć. A, że on zmarł i ten warsztat został i od tego się zaczęło.

MG: A drugi warsztat to tata kupił czy zrobił?

JT: Nie wiem jak to się później stało, czy on był stary i spalił go, czy coś bo tylko jeden został. […]Pewnie gdzieś kupił. […]

MT: Tata gdzieś od sąsiada, gdzieś tato kupił. […] To ma chyba ze sto lat. Tata przewieźli tutaj do Krzywczy. W czasie spalenia to my tu uciekli, tutaj do wujka i już my tu zostali. Tak. […]U nas było dwa warstaty, tak. I po dwa robili, tata już później byli starsi i tylko nam snuli. To było dwa warstaty. […]Ten drugi warstat jak my pojechali tu, wieźli przędze co jeszcze było i ten warstat uo nasz, a drugi warstat uod wujka był tam z Krzeczkowej. uOn gdzieś wyjechał na zachód i gdzieś nam dał warstat drugi, to my mieli dwa warstaty. […]

MG: Z czego się warsztat składa?

MT: Wszystko ma swoją nazwę. To, to co nawija, o to jest lada, to są szpalurki, to jest czółenko, to jest wał, tam jest drugi wał. To są szelki, to są takie żabki, to są staciwa, tu jest wał co się nawija płótno z trybami, tamten wał i już. […]Wszystko ma swoje nazwę. To są czółenka […] blat […]

 MG:Z czego się robiło?

MT: Można też z bambusu, ale u nas jeszcze to z głogu.

MG: Ile jest w ganku nici?

JT: Trzydzieści dwa.

MT: Szesnaście osnowy to jest pół ganek, leci się na dół i do góry to jest cały ganek. Szesnaście i szesnaście to je trzydzieści dwa, nie?

JT: Tak.

DŚ: Jak to się nawleka z tej kijanki na te kołki?

JT: Między palcami dwie nici, tak i tak i nie wolno się pomylić bo jak tu się pomyli no to wszystko można wyrzucić. Jakby to szło, od początku do końca wszystko, parami musi być i nie można się pomylić.[…]Dwie tak z tej strony i dwie z tamtej, dwie z tej i dwie z tamtej.

DŚ:Ile nici musi być w jednym paśmie?

MT: Dwadzieścia cztery.

DŚ : A ile pasemek w motku?

MT: No w jednym po dwadzieścia pasem, a w konopnych to sześćdziesiąt pasem, taki motek.

MG: A osnowa z jakich nici? To lniane czy się kupowało jakieś inne?

MT: To byli przędzone, tak, takie konopne i kupcze też mogli być. […]Tu nie trza uczyć to jest łatwe, tylko snuć, to tato musiał snuć, bo my jeszcze byli za słabe i błędy byśmy zrobili, a jakby zrobił błędy to szkoda. Bo to jak się snuje ludzka przędza to nie można zmarnować. I dobrze trzeba dobijać wie pani i przędze trzeba dobierać. Na osnowe silniejszy i cieńsze, a na wątek mogła być gorsza, taka grubsza. Tutaj muszą być cienkie nici na osnowe.

MG: A płochy skąd się brało? Kupowało się? Te grzebienie?

JT: A to różnie. I stalówki już potem były, żelazne, a wcześniej to z głogu takie cieniutkie i to normalnie nici też i smołowane, że to okręcało się coraz, coraz. Wąziutkie, czy szersze, zależy już do każdego płótna osobne te i naczynie co to tam przedziela tam oczka muszą być bo jedna nić idzie na dół, drugie do góry. To jest wszystko to z nici zrobione. Tylko, że jak to już jest stare to powinno się wyrzucić i nowe wziąć. […]Oczko musi być idealne, tak jak inne, bo jedna nić już była, to musi chodzić po tych niciach. Bo jedna idzie na dół druga do góry. […]

MG: A jak się farbowało?

JT: Jakiś barwnik taki był w sklepie, jakiś taki granatowy pamiętam. To do jakiegoś baniaka wsadził i wyciągał i już jest pofarbowane. Do utrwalenia jakiś ocet dawali, czy coś. Żeby to nie puszczało w czasie chodzenia. Bo człowiek się spoci zaraz by była plama czy na koszuli. […]

Tkało się głównie z lnu i konopi. Wełna nie była stosowana do wyrobu tkanin. Znane były robione na drutach wełniane swetry i skarpety.

MG: A dawniej co się tkało jeszcze? Tylko takie płótna tkaliście do szycia?

JT: Tylko to, tylko lniane, konopiane.

MG: A z wełny?

JT: To nie. Tylko len i konopne […]

MT: […]Lniane to było najcieńsze. To już szło dwadzieścia sześć ganków, a kunopne dwadzieścia cztery, a na łorek to trzynaście ganków bo na owies, na łorek to najgorsze szło, na kartofle łorek, na […]Koszule my robili nawet. Ja tu utkał i taka Pani mi uszyła koszule, Sawicka, Pani Sawicka. Uszyła mi koszule, tak, swojej roboty. […]

KW: Kiedy był siany len?

JT: Na wiosnę, normalnie. Teraz to jest fajnie, do wszystkiego jest oprysk. Burak ma być burak, żadny chwast nie. Kukurydza, taka może być trawa w kukurydzy, dziesięciocentymetrowa kukurydza, opryskasz, trawa ginie, kukurydza rośnie. To jest ciekawe. Wtenczas len to musieli plewić bo jak inaczej? Trzeba było pole takie mieć, żeby sam len, a to z trawą. […]To się moczy w takich stawach, wiedzieli już ludzie jak tam długo, potem suszą. Jest tak miedlica, że to połamie, te paździerze, tylko włókno zostaje. Jest szczotka, która, prosto są igły, a potem nie jest prosto tylko jest różnie, że tam nie śmie być absolutnie paździerzy na tym tylko samo włókno. Czyściutkie włókno. Na taki kądziel i o babcia puszcza se wrzecionko i skręca. […]

MT: Tak mamo siali len, tak. Siali, nawet przędli później, tam z góry łujna przychodziła, przychodziła mamie pomagać prząść. […]Można było na kołowrotki prząść, tak się motało na motowidła o. […]Nie, ja nie umiem prząść, ta mogłem prząść, ale trzeba mieć wprawę bo to tak wrzeciono trzeba, tak się obracało, żeby skręcało te nitkę, później nawijać. To jest żmudna robota. Bo kołowrotkiem lepiej to idzie, prędzej. […]

MG: Było tak, że się płukało te motki w wodzie w przerębli?

JT: Nie, jak chcieli mieć białe kaftany czy prześcieradło to namoczyli i rozścielali na słońcu. To tak wybielało, bielutkie było, lniane, ale bielutkie i było takie przyjemne, że nie było takie szorstkie jak od razu po warsztacie. […]Po przędzeniu od razu do tkania. […]Wybielić to tak na słońcu. Jak gdzieś była rzeka blisko to kijanka, tam przeharatali, drewniana, prali, porościnali i tak. […] Nawet takie kaftany, to starsi ludzie przecież chodzili w tych kaftanach, spodnie, nie spodnie, i przeważnie te prześcieradła do łóżek. Dechy, słoma i to prześcieradło. Albo brat był w wojsku, w Brodach był ułanem, przyjechał piórko za rogatywką, ostrogi na butach, ułan. I mówi ja mam tutaj płótno. Dawaj tato i uszył na całe łóżko taki siennik i nagiął tak po swojemu słomą. Kurcze, to było lepsze jak dzisiaj te wszystkie wersalki. Słoma to jest powietrze, to najzdrowsze było spanie.

MG: A wełniane ubrania też się robiło?

JT: Swetry to babki znowu na drutach robiły. Skarpetki, z barana były dobre skarpetki. Przędli i to były dobre skarpetki na zimę. Ja pamiętam jak nie było jeszcze butów zimowych […] a czasem z kogoś, z tych braci starszych miałem i chciałem na nartach pojeździć tam z góry na dół. Narty takie zrobione, same robili narty. O kawałek tylko paska, aby noge wepchać. Ja boso na dół jechał tymi nartami […]nie chorował ani nic. […] Już wojna naszła i w trzydziestym dziewiątym koniec, wszystko było skończone.

Praca na krosnach przynosiła zyski finansowe jak i materialne ponieważ za utkane płótno płacone były pieniądze, ale ludzie dodatkowo przynosili tak zwaną omastę:                                                                                        

MG: A jak płacili za ten len, jak się mierzyło to płótno?

JT: To się mierzyło łokciami. Łokieć - sześćdziesiąt centymetrów. Tak jak było motowidło sześćdziesiąt, tak ile na sztukę tam wychodziło to tato już wiedział ile tego namierzyć. Ile miał nici i ile tego. Bo to przecież szło, tyle nici to uciął, już kartka była uwiązana, to jest tego Buczyskiego i uciął znowu. […]Nasnuł tyle, że na ten cały wał miał dwóch, trzech i nasnuł tyle, podzielił.

MG: A nie pamięta Pan ile taki łokieć płótna kosztował?

JT: Kosztować to nie, oni takie wały to potrafili zrobić za dwa dni. To długie jest, długie, strasznie długie. To można by policzyć, tam wziąć tam na pewno jest dwa metry, a to razy cztery, dwa razy cztery to jest osiem, osiem metrów, a ile tych pasów taka długość była tego płótna. I ile tam sztukę, bo to na sztuki było, sztukę, półtorej sztuki, dwie sztuki.[…]Ja to jeszcze byłem za mały na to. […] Nieraz tyle przynieśli tych nici, co chwila ktoś przyniósł, a do tego jakaś była tak zwana omasta, tak nazywali to. Zboże, a jaki chleb, miałaś chleb gotowy, jak się zaczęło w poniedziałek, tak co dzień chleb świeży, także mama nie musiała chleba piec. A do chleba jeszcze jakaś słonina, masło. […] To my zboże nie musieliśmy siać, to ludzie nosili wszystko, my tylko pszenica do tej paki. […]Nawet takie suche jabłka, czy coś. Wszystko przynosili. Tak, że to tak jak się to robiło to bardzo fajnie było. […]Pomimo tego to oni płacili, a pomimo to jeszcze przynosili takie te omasty. To jest szkodliwe prochy, to takie coś przynosili wszystko. […]No to ile tych motków, ganków było, to wszystko ojciec wiedział ile z tego było metrów. Już wiedział ile, to na sztuki tych wałków, tych motków i takie motowidło było, jak tylko założył na ten to: -„O mamy” – ojciec mówi –„już będzie mniej płótna, bo motowidło za krótkie”. -„Nie oszukujcie, ma być sześćdziesiąt centymetrów”. A cy to ujął pięć, to nie trza tyle nici nawijać. On tylko jeden motek rozwinął na te szpule bo to jeden motek na szpule szło, taka osnowa, osnówka, że to nawinął, a takich szesnaście trzeba nawinąć żeby to na takie wiana, żeby to potem na warsztat wprowadzić. Parami po dwie nitki, nie wolno się pomylić. Nasnuł tego dużo, taki ogromny wał, przecież to jest takie szerokie, taki wał tych nici to jakby pomyloł to by wszystkie wyrzucić. […] A jak było krótkie to od razu mu powiedział -„Będziesz miał krótsze, bo motowidło masz ucięte, alboś specjalnie tak zrobił. Już mnie nie oszukasz”, tu, pokazuje, warsztat jak maszyna. […]No potem to przestało trochę istnieć. [Robił ojciec] dla innych, dla domu to też owszem. […]Nawet z tych nasion, z siemienia, czy z lny, taka była olejarnia tam w Sufczynie, to ten olej. Jakie to było smaczne, do dziś pamiętam ten olej naturalny z lnu, czy z konopi. Taki wybijany z cebulką to takie było coś fajne, zdrowe, przynajmniej żadnej chemii nie było w tym. […] Wtenczas to było ogromne masa ludzi. To wszystko te wioski naokoło jak Chyrzyna, Kupna, Mielnów, Krzeczkowa, Cisowa, naokoło tam Sufczyna, Brzuska wszystko do nas te nici nosiło, bo każdy siał len, mędliliśmy tego. Przecież prześcieradła na łóżkach to było lniane, to wszystko się płótno dawało na słońce wybielało. Z tego lnu sienniki, wszystko napychane było słomą, nie tak jak dzisiaj te guma, bolą plecy. To wszystko do niczego, tamto słoma było nabite tak zdrowo, tak Panie ja nie wiem. I właśnie te sienniki to było płótno lniane.

MT: Raz z Dymnowa, to jest nad Sanem tam, jakaś Pani za długo przymoczyła nici. I nasnuli chyba z sześć sztuk całe. I te nici się tak rwały, że chyba ze siedem tygodni albo więcej to tato. Jooj, już mamo kazali pociupać jeszcze pare metrów, tak się strasznie rwało, takie słabe, niemożliwe. Z tego tato się rozchorowali, jakieś tego i później już nie chcieli robić. Tragedia. Znów jak ja tkałem to znowu ktoś przyniósł takie słabe nici, ale to byli zgrzebne. I też nikt ni mógł, ale ja to jakoś pomalu, pomalu i jakoś wyrobilem. […]Zgrzebne, takie grubsze nici. Aj słabe były. […]na łory to się […]mniej ganków dawało, trzynaście ganków na wory. I to już trzeba grube nici, najgrubsze i takie najgorsze.

Tkactwem trudnili się tylko mężczyźni. Kobiety były uważane za zbyt słabe fizycznie aby trudnić się tego typu zajęciem. Panowie Trawniccy wspominają jedynie kobiety, które trudniły się przędzeniem nici, ale nie pracą na krosnach.                                  

MG: A Pan prządł nici czy tylko na warsztacie?

JT: Innego nie było, tylko przędzone. […]Każdy tam umiał.

MG: Wszyscy bracia?

JT: A nauczył się, co to tam. To babcia, to mama robiły. Na wiecorek takich kilka babek przyszło naprzędły.

MG: To się chodziło na prządki?

JT: A jak na takie wieczorki. Tak to oni sobie pomagali. […] Aw zimę, jesień już w polu nie ma roboty to się to robiło. Przecież ten len trzeba zabrać, trzeba umoczyć, to już jesień. I w ten czas w jesieni to przestali i siadali wieczorami i to przędli. […] Mnie to nie obchodziło, babki niech se tam robią.

MG: A dziewczyny młode też przędły we wsi?

JT: No musiały. Mama pokazała, bo jak to potem nie będziesz umiała tego. Ile teraz jest panienek co nie umie krowy podoić. Jest krowa w domu, a nie podoi bo paznokieć taki i to jak krowę będzie łaskotać? Nie umie bo się nie nauczyła. […] To, to chłopaki raczej się tym nie interesowali. To była kobieca sprawa. Owszem tam len zebrać, przynieść tam umiędlić, międlica, cierlica, to tak. To trzeba było siły, babki to za słabe do tego, do czesania, ale prząść to kobieca robota była. A potem jeszcze nastały te kołowrotki. Nogą się ruszało, maszyna. Tylko se popuszczała, ale kądziel tam była uwiązana, te włókno. Ona puszczała tylko tyle, żeby nić była nie grubsza, nie cieńsza, tylko równa. Jak jest dobre włókno to się da.[…]Prześcieradła takie, nie było kupione, lniane.[…]

MT: Tak, tak wieczorami i w dzień tyż. Bo to już po robotach były polowych to już można było przęść i w dzień.

MG: A chodził pan na te wieczorki?

MT: Nie to wieczorki robili wie Pani z kapusty. To już byli naprawdę […]i u nas też były wieczorki, to tak już więcej ludzi przychodzi. Nakrawają, te szatkują, jedne ubijają w beczce, nie […]to takim palem grubem, albo czasem nogami prawda? W dużych beczkach nogami to deptali kapustę. Tak, tak. […]Nie, to nie było takich wieczorów z przędzeniem.

KW: Kobiety przędły, a przy warsztacie też robiły?

JT: Nie, do warsztatu one się nie brały, bo tam trzeba nogami […]to nie była kobieca robota to mężczyźni robili. […]

Tkactwo nie było jedynym zajęciem braci Trawnickich. W trakcie spotkania Pan Józef wyjmuje skrzypce. Zaczyna grać. Po wypadku, w którym utracił palca nie jest to już takie proste.

JT: No brat właśnie, co ja te skrzypce, to ja od razu jak byłem chłopakiem, już jak krowe pasłem to pięć, sześć lat to już chciałem grać właśnie. Już zacząłem troszeczkę na jednej strunie tam tego[…]już potem to mi nie bronił, ale pokazać to nie pokazał nic, tylko ja musiałem sam zdobywać jak to zagrać, jak to nastroić. O właśnie o to chodzi, bo to trzeba mieć słuch do nastrojenia. To z czegoś trzeba wziąć to „a” resztę to trzeba już słuchowo, bo to inaczej się nie da. Bez strojenia nie ma grania i melodii nie będzie. […]My zawsze z kimś innym, jakiś akordeonista, później to już były trąbki, potem klarnety, a później dopiero te saksy. Teraz to już te organy, znowu co innego. […]A to do krów jak poszedłem to zostały [skrzypce]i zalało wodą, tylko wyciągnął główkę. Wszystko się rozleciało. Brat posklejał, on mnie zbił za to, ale potem mówi: -„To coś dostał, toś dostał, ale żeś dobrze zrobił, bo teraz skrzypce sto procent lepsze”. Przeróbka coś to daje, inne głos, inne wszystko było. […] Nawet dobre są te szwabsy. To zależy też od ustawienia tej duszy w środku. Bo to mnie tak nauczył, mieliśmy tu dobrego Hrebst Wilhelm, jakieś niemieckie nazwisko miał. Pięć lat konserwatorium muzyczne gdzieś we Lwowie robił. Tu przyszedł, był kierownikiem szkoły. Prowadził chór, do skrzypiec miał tak opanowane, tośmy pierwsze miejsce w Rzeszowie zabierali. Chór 24. osobowy, mieszany, sopran, tenor i bas. Ale fajnie to się wszędzie jeździło, tu i tam. […]Grałem w kapeli dubieckiej […] byliśmy w Kazimierzu […] tam tylko był akordeon, klarnet, kontrabas i dwoje skrzypiec. Tylko tyle.

Na ścianie w mieszkaniu braci Trawnickich wisi portret Pana Józefa, kiedy miał 15 lat. Szkic wykonany został przez Pana Józefa. Pan Michał również szkicuje.

JT: Dwudziesty piąty rok, to ja miałem piętnaście lat, sam rysowałem, ze zdjęcia. Brat kiedyś to w Birczy do siódmej klasy chodził i on tam też narysował takie coś, potem u Żydów miał powodzenie. Chodź Pan coś narysować, chodź Pan to narysować, różne takie miał. […]Emilię Plater narysował wtenczas pamiętam. To grubo przed wojną było, jeszcze przed trzydziestym dziewiątym. Pamiętam tę wojne, miałem dziewięć lat.

 

 

Galeria

 

 

Zapraszamy na blog  - www.krzywcza.blogspot.com

Facebook Google Twitter Myspace Yahoo Blogger Digg Live Reddit Linkedin Icio Furl Techno Poleć na Gadu-Gadu Wykop Śledzik 7821217