Uncategorised
O rewolucji, flisackim retmanie i o zabytkach
- Szczegóły
17 stycznia 1968 r. w Życiu Przemyskim ukazał się artykuł Zbigniewa Wawszczaka pt. Wszystko o Babicach - o rewolucji, flisackim retmanie i o zabytkach. Ciekawy portret Babic i okolicznych miejscowości wart jest prezentacji.
Piotr Haszczyn [sierpień 2026]
WSZYSTKO O BABICACH
Kiedyś były ponoć miasteczkiem. Obecnie są siedziba Prez. GRN. któremu obok Babic podlegają wioski: Bachów i Skopów. W sumie gromada liczy 2 305 mieszkańców. W tym Babice — 800, Bachów — 915, Skopów — 590. Za najbogatszą i najlepiej wywiązującą się z obowiązkowych dostaw uważana jest wioska Bachów, następnie Skopów i Babice. W tej ostatniej 50 proc. gospodarstw prowadzą ludzie starzy, których dzieci nie poszły śladami ojców i wyemigrowały z rodzinnej miejscowości. Inną przyczyną dość niskiego poziomu gospodarki rolnej w Babicach jest teren górzysty, który nie pozwala na stosowanie w szerokim zakresie maszyn rolniczych. Podobne trudności terenowe ma również pobliski Skopów. We wszystkich trzech wioskach znajdują się kółka rolnicze, w Bachowie i Skopowie posiadają one po dwa ciągniki.
INWESTYCJE
Po wyzwoleniu do najważniejszych inwestycji na terenie gromady należą: w roku 1952 szkoła w Babicach — Połankach, wodociągi w Babicach (rozpoczęcie prac w roku 1953). w latach 1953/54 ulepszenie w czynie społecznym drogi w Babicach — Połankach. Elektryfikacja Babic około roku 1957, rozbudowa szkoły w Babicach w roku 1964, dom strażaka w Skopowie w roku 1966. ułożenie chodników i zaprowadzenie kanalizacji w Babicach w roku 1967.
W roku 1968 nastąpi elektryfikacja Bachowa, zaś Skopów z tą inwestycją musi zaczekać do roku 1970. W Babicach chętnie przystąpiono by do budowy domu kultury, lecz przedtem konieczne jest porozumienie z władzami konserwatorskimi, a nawet uzyskanie zezwolenia z Ministerstwa Kultury i Sztuki. Gminna Spółdzielnia z Dubiecka włączyłaby się do kosztów budowy w zamian za umożliwienie jej zwiększenia ilości placówek handlowych. W roku 1968 opracowany zostanie kosztorys szkoły w Bachowie.
CIEKAWOSTKI
Mieszkańcy Babic posiadają 56 ha lasu stanowiącego mienie gromadzkie. Opowiadają, że ich pradziadowie w czasach pańszczyźnianych chodzili, jak to normalnie bywało. do lasu po susz, Któregoś dnia pan dziedzic doszedł do wniosku że bardziej mu się będzie opłacało jeśli odda chłopom w użytkowanie określoną część lasu. Wkrótce jednak zmienił decyzję, ale było już za późno. Chłopi skierowali protest do sądu. Procesowali się aż we Lwowie i — o dziwo! — proces wygrali. Kosztowało to jednak wiele wyrzeczeń. Każdy ciężko zapracowany, chłopski grosz wędrował do kieszeni pośredników i urzędników sądowych.
*
Najstarszym mieszkańcem Babic jest Franciszek Błoński urodzony w roku 1885, który podobno do dzisiejszego dnia nie zna smaku aspiryny.
*
„Etatowym” drużbą nazwać można Augusta Bargiela z Bachowa, który 30 razy był wodzirejem na weselach.
*
Najdłużej nie zmieniał miejsca pracy nadzorca drogowy Stanisław Płowy, który przepracował w swoim zawodzie 21 lat.
O rewolucji, flisackim retmanie i o zabytkach
W Babicach przetrwały w ustnej tradycji nazwy pewnych części wioski, które noszą miana dość oryginalne, a mianowicie: Rzym, Pasternik, Koci Zamek, a także pojawiła się dzielnica Nowy Świat, gdzie dopiero od niedawna stanęły zabudowania gospodarskie.
Codziennie rano śpiewaliśmy „Boże caria chrani”, a tego dnia zmiarkowaliśmy, że coś się stało, bo rankiem słychać było tylko jakieś okrzyki, wielkie wybuchy radości.. — Dziadek dobiera słowa powoli, z namysłem, jak gdyby szukał ich kędyś daleko. Bo rzeczywiście, odległości są tu niemałe w pojęciu geograficznym, a także w upływie pięćdziesięciu lat, które dzielą Franciszka Błońskiego od chwili, kiedy jako „plennyj” cesarsko-królewskiej armii znalazł się na stacji Bałagoje, gdzieś w rejonie Pskowa, Codziennie wraz ze swymi współtowarzyszami z „13 roboczej roty” udawał się do roboty na „żelazną drogę”.
A tego ranka właśnie, o którym wspomina dziadzio, już nikt nie popędzał ich do roboty. Żołnierze wytaszczyli gdzieś z magazynu beczkę wina i głośno wyrażali swą radość z powodu upadku znienawidzonego cara.
Tak się zaczęła rewolucja — konkluduje Błoński. Dziadzio jest malutki, zaledwie go widać zza stołu. Okrągły, łysawa głowa, pobrużdżona, blada twarz, wyblakłe oczy, w których migają iskierki uśmiechu. Kiedy weszliśmy do niskiej, drewnianej izby, dziadzio odłożył staroświeckie okulary, zamknął książkę pióra Kazimierza Przerwy Tetmajera i zaczął się bacznie przyglądać przybyszom. Rychło rozpoznał charakterystyczną sylwetkę przewodniczącego Początka, uśmiechnął się i łaskawiej spojrzał na mnie. A później się rozgadał. Opowiadał wiec, nie szczędząc drobiazgowych szczegółów, o swym pobycie w obozach jeńców imperium carskiego, chwalił swobodę, jaką im „plennym”, przyniosła rewolucja, wspominał jak wspólnie z miejscowymi , ludźmi urządzał w owym Bałsgoje koncert na rzecz wdów i sierot po poległych żołnierzach rosyjskich. Ale najmilsze sercu dziadka były wspomnienia z zabaw, na których wytańczył się ile sił starczyło ze ślicznymi dziewczętami rosyjskimi.
W czasie, kiedy dziadzio peroruje zapamiętale, rozglądałem się , po izbie. Na ścianach pod sufitem: tradycyjne oleodruki z wizerunkami świętych i zdjęcia rodzinne. Stare sprzęty, skrzynia ludowa z zatartymi śladami jakichś malowideł. Sympatyczny stary człowiek, stary dom.
Ale nie tylko u dziadka Błońskiego tyle starzyzny. W wielu domach, uznanych za zabytkowe, znajdują się również dawne meble, stare skrzynie. Te ostatnie nie tyle ludowe, co amerykańskie. Bo prawie z każdej chałupy w Babicach jechał ktoś do Ameryki, za chlebem. Pozostały nadgryzione przez „ząb czasu" kufry, świadectwo pewnego rozdziału historii, zresztą nie tylko nadsańskiego miasteczka, ale i całego kraju.
— W sam raz eksponaty dla jakiegoś tutejszego muzeum! — dochodzimy do zgodnego wniosku z przewodniczącym GRN, Tomaszem Początkiem, który towarzyszy mi w wędrówce po wiekowym miasteczku.
Ale to jeszcze dość odległa przyszłość. Wprawdzie gromadzi się już środki na dom kultury, w którym znalazłaby się sala widowiskowa, izba pamiątek i może ośrodek zdrowia. Rozpoczęcie budowy przewidywane jest dopiero za kilka lat, na razie trzeba załatwić ostatecznie lokalizację. Władze konserwatorskie doradzają, aby budować na środku obszernego rynku, który już dawno stracił swoje handlowe przeznaczenie i jest to chyba projekt do przyjęcia.
Przyznam się bez ogródek, że właśnie zabytki sprowadziły mnie tutaj. Kiedyś, jadąc z Przemyśla do Dubiecka, ujrzałem właśnie na rynku w Babicach taki oto obrazek: stary, walący się domek, z ogromną dziurą w gontowym dachu, tylko na bielonej, drewnianej ścianie uparcie trzyma się czerwona tabliczka z napisem: Ministerstwo Kultury i Sztuki, obiekt zabytkowy...
Przyjechałem do Babic po paru miesiącach od tamtego momentu. W grudniowy, pochmurny dzień wysiadam na rynku. Sytuacja w niczym nie uległa zmianie. Jedynie dziura w dachu jest coraz większa, a w Prezydium GRN przewidują, że skoro tylko spadną duże śniegi, to cały zabytek przestanie istnieć. Dom starej Prokopki należy do sporej gromadki spadkobierców, rozrzuconych po różnych stronach Polski. Podobno dogadali się oni między sobą i chcieli ruderę rozebrać, aby ją sprzedać. Ale nie wolno im tego uczynić, dom jest zabytkowy. Sytuacja taka nie jest w Babicach wyjątkowa. Podobnych domów, uznanych przez władze konserwatorskie za cenne obiekty, jest ponad 10. Niektóre trzymają się zupełnie dobrze, ale część spośród nich ledwie stoi.
Właściciele chcą budować nowe, obszerniejsze i trwalsze domy z cegły i pustaków. I tu potykają się o zakaz. Taki na przykład Jan Gąska. Pisał do Ministerstwa Kultury i Sztuki zażalenie. Właśnie nadeszła odpowiedź, która jednak niewiele wyjaśnia. Dach trzyma się jedynie na słowa honoru, wspierające go belki prawie zupełnie spróchniały Dach ten jednak kryje jedną z tajemnic tutejszego, tradycyjne go budownictwa. Gdy wraz z Gąską wspinam się po drabinie na stryszek, stwierdzam ze zdziwieniem, że nie ma tu tak istotnego elementu, jak komin. Gąska pokazuje mi wystający z podłogi niewysoki kwadratowy słup, otynkowany, z poczerniałym od sadzy otworem. To właśnie zastępuje komin, dym rozchodzi się po strychu i przez szpary w gontach wydostaje się na zewnątrz.
— To się nazywa u nas baba! Jako kompletny laik wpadam w jeszcze większe zdumienie. Bo tu właśnie, na stryszku Gąski, kiedy spomiędzy gontów przebłyskuje szparami ołowiane nie- bo, przypomniałem sobie, iż stare domki w Babicach nie mają kominów. Dlaczego jednak owe urządzenia; zastępujące kominy, nazywane są tutaj babami? Może ma to jakiś związek z nazwą miasteczka, która ma taki sam wspólny rdzeń.
Nie dysponując żadnym źródłem drukowanym, zetknąłem się na miejscu z rozmaitymi hipotezami, dotyczącymi początków osady. Proboszcz tutejszy poinformował mnie, że, jak wynika z lektury dawnych sprawozdań, Babice założył magnat Kmita; natomiast sekretarz Prez. GRN powołał się na miejscową tradycję, która początki osady wiąże z flisactwem. Od niepamiętnych czasów San wykorzystywany był tutaj jako dogodny szlak komunikacyjny. Z Karpat spławiano przede wszystkim drewno, podobnie zresztą, jak i dziś jeszcze. Kiedyś, przed wiekami, jeden z flisackich retmanów zatrzymał się wraz ze swymi ludźmi na wyniosłym brzegu Sanu, aby wypocząć. Miejsce to tak mu się podobało, że założył tu stałą osadę. Retman ów nazywał się Babicz, stąd Babice...
Miasteczko nie posiada tak bogatej historii jak pobliskie Dubiecko czy sąsiednia Nienadowa; nie spędził tu dzieciństwa Aleksander Fredro, ani też nie urodził się Ignacy Krasicki. Podobne są tylko przyczyny rozwoju osady. Leżała ona — tak samo jak Dubiecko i Krzywcza oraz inne miejscowości — w dolinie Sanu, przy starym trakcie węgierskim, tędy pędzono stada bydła. Jeszcze przed I wojną światową tu właśnie, w Babicach, odbywały się wielkie targi końmi. Później zmienił się układ dróg handlowych. Nie ma już dawnych jarmarków ,„Dzisiaj nawet nie bardzo tu wiedzą, kiedy Babice utraciły prawa miejskie. Po prostu były i nie ma. Ale rodowici babiczanie zawsze przecież uważają się za coś lepszego od chłopów, mieszkańców pobliskich wsi, gdyż osada posiada miejski układ urbanistyczny: na rynku założono w czynie społecznym chodniki, są tu również wodociągi. Zapewne potomkowie legendarnego retmana flisackiego Babicza, mając kłopoty z wodą, wpadli na pomysł, aby sprowadzić ją ze wzgórza, wyrastające go ponad miasteczko. Do 1954 r. w Babicach funkcjonował drewniany wodociąg. Społeczeństwo miejscowe idąc z postępem czasu postanowiło własnymi siłami unowocześnić go. Wydobyte drewniane rury — świder, służący do drążenia kloców, zachowany w dobrym stanie pretenduje do miana głównego zabytku przyszłej izby pamiątek. W ich miejsce założono żelazne. Teraz już można było doprowadzić wodę do poszczególnych domów. Ten wielki zryw społecznej inicjatywy upamiętniono na fotografiach, sporządzono duży album.
Konserwator wodociągów, Bolesław Pytlowany, prowadzi nas wraz z prezesem do swego domu. To ja zaproponowałem tę wizytę, chciałem bowiem obejrzeć łazienkę. Konserwator — to jedyny w Babicach —pracownik techniczny. Jego gospodarstwo prezentuje się interesująco: świeżo otynkowany domek, również nowo wzniesiony, solidny budynek gospodarczy. Taki właśnie domek, to ideał, o którym marzą mieszkańcy starych, zabytkowych domostw. Łazienka pana Bolesława jeszcze niezupełnie wykończona, ale najważniejsze, że jest ona bodajże pierwszą w prywatnym domu, nie licząc szkoły i plebanii.
Jeszcze pobieżna wizyta w szkolę. Chciano mi ją koniecznie pokazać. Idziemy więc obok białej bryty wczesnobarokowego, zapewne XVII wiecznego kościółka. Tuż obok -niego masywny gmach szkoły podstawowej. I tutaj dostrzec można inicjatywę społeczeństwa: szkołę wydatnie rozbudowano w czynie społecznym. Umieją tu widocznie mobilizować ludzi do pracy społecznej, ma w tym niewątpliwie swój udział spora, bo licząca 30 członków organizacja partyjną. Pobieżne oględziny dużej Sali gimnastycznej, klasopracowni, pozwalają mi rychło zrozumieć intencję gospodarzy, Chcieli się pochwalić swoją szkołą, panuje tu porządek: starannie wyfroterowane parkiety, czyste toalety z bieżącą wodą (zasługa wodociągów).
W oparciu o szkołę powstał niedawno zespół muzyczny i chór. Kieruje nim nauczyciel Zdzisław Kuncelman. Zespół ten to wielka nadzieja Gromadzkiej Rady Narodowej, która wsparła go zakupem instrumentów.
Jak gdyby dla kontrastu wstępujemy jeszcze do jednego ze starych domków na rynku. Ciasna izdebka już na pierwszy rzut oka zdradza ubóstwo jej mieszkańców. Izdebkę tę zajmuje wraz ze swą rodziną Leopold Mikuś, inwalida wojenny, mistrz koszykarski. Stracił nogi w czasie I wojny, dostaje rentę. Która jednak nie wystarcza na wyżywienie rodziny, więc dorabia sobie wyplataniem różnych koszyków. W paru domach widziałem oryginalne ramy na obrazy, umywalki, a nawet wiklinowe łóżka. To wszystko dzieło jego sprawnych rąk.
Po zapoznaniu się ze sprawami miasteczka doszedłem do przekonania, że problemem wymagającym natychmiastowego rozwiązania — są owe słynne zabytki. Rozumiem intencję urzędu konserwatorskiego, który przed laty sporządził rejestr zabytkowych, drewnianych domów. Nie mam zamiaru kwestionować urody spadzistych, gontowych dachów, oryginalny sposób wiązania zrębowego, charakterystyczne „baby” kominowe — przykład ginącej już architektury małomiasteczkowej. Niemniej jednak pierwotna koncepcja konserwatorska, zakładające zachowanie całego otoczenia rynku jest niemożliwa do utrzymania. Z tej prostej przyczyny. że wymagałoby to ogromnych nakładów. Uratować należy dwa, trzy obiekty. Nie łudźmy się, życie ma swoje prawa. Część domów zabytkowych uległa już zniszczeniu, po prostu rozpadła się być może nawet przy pomocy ich właścicieli, którzy zbudowali sobie na tym —miejscu nowe budynki. Taki los może spotkać również pozostałe.
Teraz zima, miasteczko jest senne i ciche, Warto przyjechać tu latem. Z wyniosłego brzegu, który- przenikają głębokie jary schodzi się do Sanu. Obok miasteczka, w kotlinie, rozciąga się obszerny park., otaczający dawny dwór.
Więc chyba przyszłość Babie leży w turystyce? Uroki tutejszego krajobrazu nie zawiodą najbardziej wybrednych, Warto zasugerować gospodarzom, aby więcej myśleli o korzyściach, jakie może dać miasteczku turystyka. Stoi w rynku stara karczma, w której sieni zajezdnej zmieściłoby się kilka samochodów. Kiedyś było tu rojno i gwarno, zaglądali kupcy, flisacy, przyjeżdżały z pobliskich —wsi wesela. Jedna z uliczek nazywa na jest do dziś „ulica przy muzyce", bo tamtędy właśnie ciągnęły barwne korowody weselne. Może udałoby się przywrócić pierwotne przeznaczenie starej karczmy, - choć flisacy i kupcy nie będą już z niej korzystali:
Turyści jednak — którzy odwiedzają coraz częściej nasz region — na pewno byliby zadowoleni z atrakcyjnego schroniska.
ZBIGNIEW WAWSZCZAK
Fot. T. Z.
Jeśli doceniasz moją pracę postaw kawę Kliknij
Jak w Krzywczy zakładano Proświtę
- Szczegóły
Artykuł z Echa Przemyskiego z roku 1898 opisuje, jak w Krzywczy zakładano czytelnię Proświta. Całodzienna uroczystość zgromadziła zarówno Polaków, jak i Rusinów zwykłych chłopów, jak również duchowieństwo obu obrządków. Na uwagę zasługuje postawa proboszcza rzymskokatolickiego z Krzywczy Andrzeja Soleckiego, który w latach swojej posługi w Krzywczy działał na polu polepszenia bytu społeczeństwa Krzywczy bez względu na wyznanie. W artykule zachowano oryginalną pisownię.
Piotr Haszczyn [sierpień 2026]

Zdjęcie ks. Andrzeja Soleckiego ze zbiorów pana Grzegorza Augustowskiego
Krzywcza, dnia 5. lutego 1898.
Dzień 5. lutego b. r. był świątecznym dla mieszkańców Krzywczy ob. gr. kat., gdyż z rana salwami z moździerzów zapowiedziano otwarcie czytelni ruskiej Proświty i przyjazd w tym celu pp. adwokata Kormosza i prof. Prejmy z Przemyśla. Ludność ruska z wszystkich wiosek zgromadziła się w świątecznym ubraniu na nabożeństwie w cerkwi, dawano salwy z moździerzów, że aż domy się trzęsły. Zgromadzenie miało się odbyć na plebanii ruskiej o godzinie trzeciej po południu, na które zaproszono w sam dzień i miejscowego proboszcza łacińskiego, a przybyli też i z. sąsiednich parafii ks. proboszczowie ob. gr. kat. z Chyrzynki i Skopowa i oczekiwali przybycia Panów z Przemyśla na otwarcie czytelni. Lud stał na rynku i ulicach, wyglądał przybycia tych Panów i obiecywał sobie, że to będzie coś w rodzaju wieców, a dając folgę swym uczuciom, gdy nadjeżdżali Panowie z Przemyśla, dwa razy na wiwat z moździerzów dał salwy. Możeby i do jakiej hecy narodowej przyszło, ale widzieli komisarza c. k. Starostwa i żandarmeryę miejscową po ulicy chodzącą, więc w spokoju zgromadzono się na ruskiej plebanii.
Przewodniczącym zgromadzeniu wybrano adwokata Kormosza, który w przemówieniu swem wykazywał cel i dobro strony założenia Czytelni. Wspomniał z naciskiem, że zgromadzać się teraz władze zabrania, że ludzie mając czytelnię mogą swobodnie naradzać się wspólnie nad tem, co im dolega, że w łączności silni będą, a nikt im zabronić zgromadzać się, ani do czytelni wstępu inoć nie może, nie będąc członkiem, bo nawet samego wójta za drzwi „wykinąć mogą”. Na to trochę za śmiałe powiedzenie c. k. komisarz zwrócił mówcy uwagę, że wójt w urzędowej misyi ma wstęp do czytelni, że wobec radykalnych prądów depcących powagą władzy wszelkiej, a w szczególności wójtów, niestosownie tak wójtów poniżać. Wykazywał dalej p. Dr. Kormost pożytki z czytelni, że przez nią oprócz oświaty i materialnie mogą byt swój polepszyć, zakładając sklepik, kasę pożyczkową i szpichlerze zboża. Słowa te trafiały do przekonania zgromadzonych, a pewniejszy, by skutek odniosły, gdyby zamiast obietnicy polepszenia bytu materialnego, rozdano z pareset reńskich na miejscu.
Zabrał następnie głos ks. proboszcz miejscowy ob. łać. [Andrzej Solecki] i rzekł do zgromadzonych Rusinów, w tej myśli: To wszystko, co wam poprzedni mówca obiecywał, wy już macie i wypróbowaliście. Macie czytelnię, do której razem zgromiadzaliście się, macie kółko rolnicze, macie katolicki sklepik, macie kasę pożyczkową, macie wspólny szpichlerz zboża. To wszystko zakładaliście wspólnie, Polacy i Rusini bez najmniejszej różnicy lub separacyi tak, że nawet w domu ruskim, pod zarządem Rusinów te towarzystwa zostawały; dotychczas nikt zarzutu nie podniósł, że przy udziale Polaków i składkami od Polaków przeważnie złożonymi te towarzystwa się zakładały i utrzymywały. Wieki was złączyły razem, pod jednym dachem mieszkacie, na jednym zagonie pracujecie wspólnie, że gdybyś chciał wycisnąć pot z tej ziemi, którą w pracy zrosiliście, nieodgadbyś, czy to jest pot Polaka czy Rusina, a nawet gdyby Was tu wszystkich zgromadzonych anatomicznie rozebrano, nie odróżnisz, która część polska, a która niska, bo we krwi i kości jest wspólność i łączność Polaków i Rusinów. Dlaczegóż dziś zebraliście się sami Rusini? czegoście waszych domów polskich żon, dzieci, krewnych, przyjaciół nie sprowadzili? chcecie się odłączyć, rozdzielić, to chyba wypędzicie z waszych domów żony polskie i, dzieci polskie; wyrzekniecie się krewnych, wyrzucicie i wyzbądźcie się tego co w was polskiego jest, a wielu was zostanie czystych Rusinów?!! Proszę i zaklikam, nie dzielcie się, nie rozłączajcie, bo zgubę sobie i nam prędzej zgotujecie.
Podziękujcie Panom za czytelnię, ale powiedzcie, że razem z Polakami czytać będziecie, razem i wspólnie w towarzystwach będziecie działać, a Panów proście, aby was swym wpływem i rozumem do tej zgody i jedności zachęcali, bo prawdziwa oświata w miłości poczęta tylko owoc przyniesie.
Słowa te trafiły do serc zgromadzonych i jednogłośnie odezwali się, że razem pozostaną, a rozłączać się nie myślą. Nie wiem czy tak samo zrozumieli założyciele czytelni, dość że żaden nie odezwał się z uznaniem i zachętą do jedności i wspólności, od których szczęście zawisło. Przemawiał jeszcze p. prof. Prejma i na myśli mając tylko ruską oświatę, w gorących wyrazach i uczuciowych przykładach do miłości ruskiej ziemi, ruskiej oświaty zachęcał.
Zaczęły się wpisy do czytelni Proświty; ani setna część z obecnych Rusinów nie wpisała się, ale cichaczem wynosili się z izby. Wpisywali się za przykładem swego proboszcza i Polacy obecni. Wybrano wydział, do niego ! ani jednego Polaka nie wzięto, dopiero musiał się upomnieć o to proboszcz łaciński, że w ten sposób nie pojmuje łączności i do zebranych się odwołał, którzy go do wydziału czytelni Proświty prosili wpisać. Za to chciał ks. proboszcz ruski wystąpić z wydziału, czego jednak nie przyjęto. W ruskiej czytelni Proświty jest przecież miejsce i dla Polaków, bo oświata różnicy narodowej nie zna, bo Towarzystwo Proświty przez Sejm zasilano funduszami, tak z polskich jak i ruskich podatków. Na zakończenie zgromadzenia podniósł ks. proboszcz łaciński gorliwość i trudy Panów czytelnie zakładających i prosili zebranych, aby zaśpiewano „Mnohaja lita“
Jeśli doceniasz moją pracę postaw kawę Kliknij
Czarniecki Michał
- Szczegóły
Jeżeli w Krzywczy komuś należy się pomnik to byłby to Michał Czarniecki. Jego działalność na rzecz wolnej Polski okupiona męczeństwem i śmiercią zasługują na najwyższe słowa uznania. Ale jego pamięć w społeczeństwie krzywieckim trwa. W 2014 r. przy pomniku Obrońców Krzywczy 1939 – 1946 umieszczono na tablicy pamiątkowej następującą inskrypcję:
Dowódca Placówki Armii Krajowej Krzywcza –Krasiczyn.
Zamordowany przez Niemców 1.05.1944
Michał Czarniecki.
Kilka lat temu na cmentarzu w Krzywczy w miejscu, gdzie spoczywa jego żona Weronika rodzina ustawiła tablicę pamiątkową o treści:
Michał Czarniecki ur.12.08.1901 zm.27.05.1944
Żołnierz, uczestnik walk w obronie Przemyśla i Lwowa w 1918 r. wojny Polsko-Bolszewickiej w 1920 r. Kampanii wrześniowej 1939 r.
Organizator i dowódca AK ps. :"Michał" "Rokita" placówki nr 4 Klara Krzywcza- Krasiczyn.
Rozstrzelany przez gestapo w więzieniu na Montelupich w Krakowie

Tablica na Pomniku Obrońców Krzywczy Pamiątkowa tablica na cmentarzu w Krzywczy
Ale poznajmy jego losy. Michał Czarniecki urodził się w Krzywczy 12 sierpnia 1901 r. w rodzinie Jakuba i Marii Czarnieckich. Jego matka pochodziła z niedalekiej Brzuski skąd pochodziła jego babka Maria Szewczyk córka Michała i Anny ur.12 września 1866 r. Około roku 1924 r. Michał żeni się z Weroniką Pantołą ur. 29 sierpnia 1902 zm. 14 lipca 1976. Z tego związku Elżbieta Janina ur.19 listopada 1925 r. zm.16 październik 2021 r. i Zbigniew ur. 5 czerwca 1927 r. zm. 15.05.2006 r. Początkowe Czarneccy mieszkali w Krzywczy w domu w północnej pierzei rynku [Obecnie na tej działce stoi sklep ogrodniczy].

Weronika Pantoła i Michał Czarniecki
Michał miał starszą siostrę Józefę ur.17.12.1890 r. zm. 08.04.1976 r., która ok. roku 1911 wyszła za mąż za dróżnika Jana Sobola syna Michała i Cecylii z d. Przybytowska ur. 6 czerwca 1886 r. Z tego związku narodzili się: Antoni, Józef, Bronisław, Stanisław, Janina, którzy mieszkali również w Krzywczy na Blichu.
Michał Czarniecki prawdopodobnie uczęszczał do szkoły powszechnej w Krzywczy. Trafił do wojska prawdopodobnie zgłaszając się na ochotnika. Jako 17 letni młodzieniec brał udział w walkach z Ukraińcami o Przemyśl i Lwów. Następnie brał udział w wojnie z bolszewikami 1919-1920. W 1928 r. został odznaczony Krzyżem brązowym zasługi – nadawany przez władze II RP za zasługi dla państwa. Niewątpliwe te zasługi musiały być duże i dobrze udokumentowane. W 1929 r. odznaczony Medalem Polska Swemu Obrońcy. Odznaczenie to było przyznawane osobom, które walczyły o niepodległą Polskę w latach 1918-1921. Nie są jednak znane okoliczności tej służby. W 1929 r. odznaczony został również medalem 10 lecia Odzyskania Niepodległości. Medal ten przysługiwał obywatelom, którzy w okresie od 11 listopada 1918 roku do 11 listopada 1928 roku pełnili nienagannie służbę państwową – wojskową, cywilną lub służbę samorządową. Otrzymał również odznaczenie Gwiazda Przemyśla.

Potwierdzenie otrzymania odznaczeń
Zapewne po wojnie bolszewickiej zostaje żołnierzem zawodowym, być może w Przemyślu. Od 1 stycznia 1933 r. zostaje przeniesiony do Grodna do 2 Dywizjonu Artylerii Przeciwlotniczej, gdzie pełni funkcje szefa 1 baterii w stopniu ogniomistrza [Odpowiednik sierżanta]. 1 IV 1935 r. awansowany do Starszego Ogniomistrza rzeczywistego artylerii. Otrzymuje pozwolenie na noszenia pistoletu pistolet Mab kaliber 7.65.
W Grodnie pełni służbę wojskową doskonaląc swoje umiejętności. Na szczególną uwagę zasługuje jego dbałość o kondycję fizyczną. W 1934 r. zdobywa brązową Państwową Odznakę Sportową, w 1937 srebrną, a w 1938 złotą odznakę nadaną przez Wojewódzki Komitet Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Obronnego w Białymstoku. Aby, zdobyć taką odznakę należało się wykazać wszechstronną sprawnością. Test sprawnościowy składał się z następujących konkurencji: gimnastyka i pływanie do 100 m; skoki, biegi do 800 m, jazda na łyżwach do 500 m, rzut dyskiem, oszczepem, piłką, granatem, pchnięcie kulą, boks, szermierka, gry sportowe, marsze do 20 km, biegi do 5 km, wycieczki piesze do 3 dni, biegi narciarskie do 18 km, biegi łyżwiarskie do 10 km, jazda na rowerze do 20 km, rajd konny do 2 dni, pływanie do 1000 m, wioślarstwo i wycieczki wioślarskie do 1 dnia, gry sportowe, strzelanie.

Świadectwo uzyskania Złotej Odznaki Sportowej
W Grodnie mieszka wraz z żoną i dziećmi, które uczęszczają tam do szkoły, kształtują swoją młodość. Życie prywatne układa się bardzo dobrze. Ale zbliżała się wojną. 5 stycznia 1939 r. zostaje służbowo przeniesiony do 15 Dywizjon Artylerii Przeciwlotniczej. Dywizjon został sformowany w lutym 1939 r. w nowo oddanych koszarach w Wełnowcu w garnizonie Katowice (Okręg Korpusu Nr V), w składzie dwóch baterii 75 mm armat przeciwlotniczych półstałych wz. 1937 i jednej baterii motorowej 40 mm armat przeciwlotniczych wz. 1936. Dowódcą był mjr Roman Niemczyński. Tam przenosi się również jego rodzina. Tuż przed wojną Michał Czarnecki odsyła żonę z dziećmi wraz z bagażami do Krzywczy.

Zdjęcia ze służby wojskowej. Na pierwszym zdjęciu czwarty z prawej
Pod koniec sierpnia dywizjon rozlokowano w różnych częściach kraju. Bateria kpt. Ziobera (nr 157) została przetransportowana do Lwowa, gdzie wzięła udział w obronie miasta. Prawdopodobnie w tej baterii służył Michał Czarniecki, gdyż zachowały się informacje o tym, że walczył w obronie Lwowa.
Po zajęciu Lwowa przez Niemców prawdopodobnie próbował uniknąć aresztowania przebijając się na Węgry, ale został aresztowany przez sowietów wraz z innymi współtowarzyszami. Jeńców zapakowano do wagonów towarowych i prawdopodobnie wieziono do Katynia. Podczas przewozu udaje się mu w wagonie oderwać kilka desek i wraz z kolegą ucieka. Przez kilka tygodni unikając patroli rosyjskich przebija się w kierunku Przemyśla, a następnie udaje mu się dotrzeć do Krzywczy. Zarośnięty umęczony i zawszony wraca do rodziny, która troskliwie się nim zajęła.
Po krótkim odpoczynku nawiązuje kontakt z tworzącym się polskim podziemiem. Wstępuje w szeregi Związku Walki Zbrojnej i organizuje komórkę Armii Krajowej pl. Nr 4 Klara na terenie Gminy Krzywcza obejmująca swoim zasięgiem Krzywczę, Krasiczyn i Reczpol. Używa w konspiracji dwóch pseudonimów Michał i Rokita. Zostaje dowódcą tej placówki. W struktury podziemne zaangażował sporą część mieszkańców mających przeszłość wojskową z Krzywczy i innych miejscowości, a także miejscowych Policjantów „Granatowych”, gdzie na komisariacie był skład broni. W Krzywczy i okolicznych miejscowościach powstaje cała struktura. Punkt apteczny na Blichu u Horaków, który pod przykrywką świadczenia pomocy medycznej dla ludności miał pod opieką żołnierzy AK. U Męcińskich znajduje się skład granatów, na Woli Krzywieckiej i Średniej inne magazyny broni i miejsca koncentracji oddziału. W restauracji Henryka Magnuszewskiego znajduje się radiostacja, którą obsługuje właściciel.
Sam z rodziną przenosi się do Babic, gdzie mieszka w kamienicy tzw. Bobkierówce. Aby utrzymać rodzinę zatrudnia się jako pracownik w Liegenschafcie [Majątek ziemskie zarządzane przez Niemców], w Suwczynie, gdzie oprócz pracy prowadzi działalność wywiadowczą. Między innymi przekazano do Londynu informację o budowie przez Niemców stanowisk wyrzutni V-2 w okolicach Pruchnika.

Ostatnie zdjęcie z Babic prawdopodobnie z Wigilii 1943 r.
Na terenie placówki organizowane są szkolenia i działalność wywiadowcza oraz umieszczanie w niemieckich jednostkach organizacyjnych „swoich ludzi”, którzy niejednokrotnie pomagali ludności cywilnej przed aresztowaniem.
Pracując w Sufczynie bywał w domu okazjonalnie. 19 IV 1944 r. zapewne z donosu zostaje aresztowany w swoim mieszkaniu. Odbyło się to w godzinach nocnych. Oddział żandarmerii niemieckiej przyjechał z Przemyśla. Zatrzymał się przy wjeździe na rynek i zmusili jednego z mieszkańców, by wskazał im miejsce zamieszkania Michała Czarnieckiego. Następnie otoczyli budynek, weszli do mieszkania i aresztowali Go wyprowadzając w samej bieliźnie, a następnie przewieźli do Przemyśla do siedziby Gestapo. Tam był więziony, przesłuchiwany i torturowany przez kilkanaście dniu. Zapewne Niemcy nie mieli informacji, że Michał Czarniecki jest dowódcą palcówki Arami Krajowej „Klara”.
W dniu 10 V 1944 r. odbyła się rozprawa sądowa w przemyskiej siedzibie Gestapo, w której na śmierć skazano kilkanaście osób, prawdopodobnie był wśród nich Michał Czarniecki. „Uzasadnienie” wyroku; „za aktywną działalność w organizacji powstańczej”. W dniu 17 maja 1944 r. rozwieszono listę zakładników, którzy zostali skazani na śmierć. Następnie zostali oni przewiezieni pociągiem do Krakowa do więzienia Montelupich. Ogłoszenie Gestapo z dnia 24 maja donosiło, iż „za akt sabotażu – próbę wysadzenia mostu na Sanie pod Dubieckiem i zranienie trzech żołnierzy, zostało rozstrzelanych 20 osób z listy z dnia 17 maja 1944 r., ale Michał Czarniecki zginął 27 maja 1944 r. Rodzina otrzymała z Krakowa depeszę o jego śmierci.

Lista zakładników
Członkiem AK był również jego syn Zbigniew, który brał udział w bitwie z wycofującymi się Niemcami pod Korytnikami 25 VII 1944 r.
Jak wspominał mój Ojciec członek AK: „Gdyby Michał puścił farbę wszyscy byśmy wsiąkli”. Michał nie „puścił farby” zachował się, jak trzeba. Dzięki jego postawie mogłem się urodzić. Za to mu jestem wdzięczny.
Piotr Haszczyn [kwiecień]
Artykuł na podstawie informacji uzyskanych od:
Zbigniewa Czarnieckiego
Janusza Czarnieckiego
Jana Chorążykiewicza
Piotrowi Kosiorowskiemu dziękuję za przekazanie informacji oraz zdjęcia i dokumenty.
Ziemia Krzywiecka
- Szczegóły
Ziemia
Cmentarz w Krzywczy
- Szczegóły
Nekropolia krzywiecka jest jedną z najstarszych w Polsce, została założona w 1786 roku. Ze względu na budowę Traktu Cesarskiego, zlikwidowano cmentarz wkoło kościoła parafialnego. Świątynia została opasana murem, a szczątki zmarłych ekshumowano i przeniesiono na nowy cmentarz. Wchodziło się do niego przez most nad potokiem Babia Rzeka. Potok przed laty był sporych rozmiarów, wąwóz prowadzący na cmentarz stromy i śliski, więc przejście, szczególnie w czasie deszczu i okresie zimy nastręczało wiele kłopotów. Po zawaleniu się drewnianego, przy udziale całej parafii, w 1932 roku wybudowano most kamienny. W tym samym roku Gmina Krzywcza własnym kosztem zbudowała drewnianą kostnicę, która nie była używana i około roku 1995 została rozebrana. Na cmentarzu chowano wiernych obrządku rzymskokatolickiego z wszystkich miejscowości gminy należących do miejscowej parafii, a od końca XIX w. grzebano również zmarłych obrządku grekokatolickiego z Krzywczy.

Najstarsze nagrobki pochodzą z połowy XIX wieku, wśród nich, miejscowego ziemiaństwa: Starzeńskich h. Lis, Karoliny z Humnickich Dembińskiej h. Gozdawa oraz XX wieczne: rodziny Bocheńskich h. Bocheński, Joczów h. Godzięba, Makowieckich h. Sas, Romanowskich h. Boża Wola, Strońskich h. Doliwa. Zachowały się również nagrobki księży obydwu obrządków oraz nagrobek pisarza i dziennikarza Jana Zachariasiewicza, którego pierwotnie pochowany w grobowcu Joczów, a około roku 1951 przeniesiony do grobu ziemnego. Na cmentarzu zachowało się kilkanaście nagrobków, zwieńczonych żeliwnymi krzyżami o nieustalonej tożsamości. Ocalały również nagrobki miejscowych urzędników, Władysława Starzyńskiego i Tytusa Ossowskiego. W starej części cmentarza znajduje się zbiorowa mogiła 23 polskich żołnierzy, poległych w czasie walk z Niemcami o Krzywczę 13 IX 1939 r.

Cmentarz był kilkakrotnie powiększany. Po raz pierwszy raz zwiększono jego areał w 1951 r. do 1,30 ha, następnie w latach 80–tych XX i w 2014 r. Obecnie zajmuje powierzchnię 3,58 ha. W 1995 r. wybudowano kaplicę cmentarną. W 2015 r. wykonano remont nawierzchni alejki głównej cmentarza, a w 2016 r. remont generalny mostu oraz drogi dojazdowej do bramy głównej cmentarza.

Od 1998 r. zarząd nad cmentarzem sprawuje Urząd Gminy w Krzywczy. Od roku 2013 r. corocznie prowadzona jest kwesta na renowację zabytkowych nagrobków.
Piotr Haszczyn [ marzec 2026]
Link powiązany - Zabytkowe nagrobki krzywieckiego cmentarza
Jeśli doceniasz moją pracę postaw kawę Kliknij
500 lecie parafii Babice - Film
- Szczegóły
Już w 1481 r. istniała w miasteczku Babice kaplica pod wezwaniem św. Katarzyny z drzewa dębowego, którą ufundował Stanisław Kmita z Wiśnicza, wojewoda ruski. Kaplica była uposażona m.in. w: 1,5 łanu roli, dochody z browaru babickiego, dziesięciny od mieszczan, sadzawkę, łąki. 13 XII 1507 r. Stanisław Kmita uposażył nową babicką parafię, łącząc dochody parafii w Stupnicy z uposażeniem kaplicy św. Katarzyny. Biskup przemyski, Maciej Drzewicki, prawdopodobnie erygował parafię 15 II 1508 r., bo w tym dniu odbyło się wprowadzenie nowego proboszcza Klemensa, wikarego z Przemyśla.
7 września 2008 r. w kościele parafialnym w Babicach odbyła się uroczysta msza święta z okazjo 500 rocznicy utworzenia w miejscowości parafii, która została utrwalona na poniższym filmie edytowanych w trzech częściach.
Piotr Haszczyn [luty 2026]
Jeśli doceniasz moją pracę, wpłać dowolną kwotę. Kliknij
Duch Sanu i o strażnikach dwóch brzegów
- Szczegóły
Od wieków rzeka San, która przepływa przez Gminę Krzywcza tworzy jej historię. Funkcje tej rzeki na przestrzeni dziejów zmienią się. Kiedyś była żywicielką, miejscem pracy, pralnią, łazienką dla zwierząt i ludzi dziś pozostała miejscem rekreacji i ostatnich przepraw promowych.
Niezmiernie dziękuję panu Januszowi Młynarskiemu za przypomnienie pracy Przewoźników z Babic oraz nadesłanie bardzo cennej ikonografii.
Piotr Haszczyn [2026]
Tam, gdzie San majestatycznie meandruje wśród zielonych wzgórz Pogórza Przemyskiego i Dynowskiego, otulając swoimi wodami malownicze Babice i Krzywczę, czas płynie nieco innym rytmem. To tutaj rzeka od wieków wyznacza puls życia mieszkańców. San – czasami spokojny i lustrzany, innym razem groźny i rwący – jest niemym obserwatorem naszej historii.

Przewóz w Babicach lata 50-60 XX w.
Widział wojny i pokój, słyszał modlitwy i śmiech, a przede wszystkim był świadkiem ciężkiej, codziennej pracy ludzi, którzy związali z nim swój los. Rzeka San od wieków toczy swoje wody przez tę piękną Gminę. Jest niemym świadkiem historii. Dziś San płynie spokojnie, ale jego nurt wciąż pamięta dźwięk naprężanych lin, uderzenia wioseł o taflę wody i głosy przewoźników i mieszkańców.

Najstarsze zdjęcie promu, lata po II wojnie światowej, poddane koloryzacji.
Dziś, 12 lutego 2026 roku, jeden z tych głosów obchodzi swoje wielkie święto. Pan Bolesław Czech [Na zdjęciu obok], wieloletni przewoźnik z Babic i Krasiczyna, kończy 99 lat!
Z tej okazji chcemy przywołać historię człowieka, która łączy pokolenia i historię ludzi naszej ukochanej pięknej rzeki.
Dla Bolesława Czecha rzeka była czymś więcej niż żywiołem – była miejscem pracy i służby. Schedę po ojcu, weteranie I wojny Światowej Stefanie „ Madziar” Czech, przejął w lutym 1952 roku. „Bez papierów nie wolno” – wspominał po latach, opowiadając o egzaminach, które musiał zdać, by bezpiecznie przewozić ludzi, wozy i inwentarz.
Praca na promie w Babicach to nie był lekki kawałek chleba. Od 5:00 rano do 17:00, w świątek piątek i niedziele. Zmieniały się pory roku, poziom wody i nastroje rzeki a także nastroje ludzi, ale przewoźnicy – Bolek Czech, Włodek Sosa i ich koledzy – zawsze byli na posterunku dla pracy oraz zwykłej rozmowy.
San bywał kapryśny, a oni dla mieszkańców łączyli dwa brzegi, gdy nie było mostów. To na ich barkach spoczywała odpowiedzialność za bezpieczeństwo setek osób dzień w dzień rok w rok. Pan Bolesław wspomina niedzielę, gdy promy pękały w szwach, wioząc ludzi do kościoła – wtedy nie pobierano opłat, bo to była posługa dla wspólnoty. Bywało, że na pokład wchodziło osiemdziesiąt osób!
Gdy woda była za wysoka lub za niska na prom, w ruch szły łodzie i siła mięśni. „Trzeba jeszcze rzekę znać” – mawiał Pan Bolesław. I znał ją jak nikt inny. Przez 30 lat pracy w Babicach, a później w Krasiczynie, woda nigdy go nie pokonała.
Dziś, patrząc na archiwalne zdjęcia, z pamięcią swojej ukochanej żony Marii Czech z domu Martowicz, widzi świat, który przeminął, ale ducha tej rzeki i żywe wspomnienie tamtych czasów wciąż widać w oczach Pana Bolesława. Mimo 99 lat, jubilat zachowuje pogodę ducha i humor. Jak sam mówi: „Woda i świeże powietrze to samo zdrowie”. A na pytanie o przyszłość, odpowiada z uśmiechem: „Nigdzie się nie wybieram!”.
Panie Bolesławie! W dniu Pańskich 99. urodzin, w imieniu mieszkańców Gminy Krzywcza, składamy najserdeczniejsze życzenia. Dziękujemy za te wszystkie lata, kiedy łączył Pan brzegi i ludzi. Niech nurt Pańskiego życia płynie dalej spokojnie, w zdrowiu i w otoczeniu bliskich.
Wszystkiego najlepszego!
(Autor wnuk Janusz Młynarski, zdjęcia z archiwum rodzinnego, treści na podstawie wspomnień i artykułu z Życia Podkarpackiego)
Zasługi Zachariasiewicza
- Szczegóły
W gazecie Biesiada Literacka z grudnia 1880 r. ukazał się artykuł pt. Jan Zachariasiewicz. Nikt się pod nim nie podpisał, ale moim zdanie warto do niego sięgnąć i przeczytać, jak hołd składa redaktor Janowi Zachariasiewiczowi. W XIX w. pisarz. Który spoczywa na krzywieckim cmentarzu był ogólnie bardzo i szanowany nie tylko w Polsce, ale też i Europie. Był uznawany, co do rangi zaraz po JI.Kraszewskim. Niestety dziś w środowisku badaczy polskiej literatury nie jest on znany, ceniony i promowany. Póki, co trzeba zadowolić się jego uznaniem w czasach, gdy żył.
Piotr Haszczyn [luty 2026]
Od dawna i od nas należał się hołd jednemu z najzasłużeńszych polskich powieściopisarzy Janowi Zacharyasiewiczowi; korzystając więc z drukowania obrazka, poświęconego J. I. Kraszewskiemu, dajemy portret jego autora, z krótką wzmianką o zasługach literackich.
Zasługi Zacharyasiewicza są obywatelskie i literacko za obywatelskie cierpiał, za literackie został nagrodzony sympatią i wziętością. Jako Galicjanin całą swą młodość oddał na usługi swej prowincji; ogarniając duchem kraj cały, czerpał głównie ze stron rodzinnych, ze swego najbliższego otoczenia przedmioty do swych utworów; malował przeważnie stosunki galicyjskie; wznosił się na stanowisko moralizatora pobudzany ideami, jakie Galicjan pchały pomyślnie lub fatalnie na różne tory.
Zanim oddal się zupełnie powieści, redagował różne pisma we Lwowie; redakcja mu się jednak nie wiodła, brak mu było może rzutkości, wyczerpującej wszystkie siły człowieka zwanego redaktorem, była o kapitałów, brak wytrwałości do zwalczenia ówczesnego smoka galicyjskiego, zwanego obskurantyzmem.
Dziś niepowodzenie wydawnicze zadowalania się mniejszymi ofiarami, ale za czasów redaktorstwa Zacharyasiewicza smok połykał redaktorów, spół pracowników, wydawców wyprawiając jednych do urzędów, innych do handlu, innych do życia brukowego; z ocalałych naliczylibyśmy dziś zaledwie kilku dziennikarzy, kilku beletrystów, pomiędzy którymi najpoczytniejsze miejsce zajmuje autor Renaty.
I Zacharyasiewicz mógłby był pójść za przykładem innych, bo posiadając stopień uniwersytecki, starać się o jaką urzędową posadę, wolał jednak iść dalej ciernistą drogą literata polskiego. Nie tylko talent wrodzony skłonił go do tego wybory, ale uczucia obywatelskie, oburzone bezprawiem jakie wówczas w Galicji działały, uczucie wymagające zadośćuczynienia za różne krzywdy, wyrządzone przez różnych w sprawie, którą Zachariasiewicz zacnem sercem ukochał.
Ta obywatelskość widnieje prawie we wszystkich jego utworach, które przez to są przeważnie tendencyjne z piętnem romantyzmu, jednak w tym dziele najmniej jest rzeczy doskonałych, chociaż niektóre chociaż niektóre, zwłaszcza drobne nowelki, do klejnocików literackich nie należą.
Ta tendencyjność szlachetna zrodziła mnóstwo powieści pulsujących życiem, nie starzejących się dzięki kunsztowności obrobienia: - na czele postawilibyśmy powieść Na Kresach, w której z zapałem patrioty i wprawą stratega autor wykrywa machiawelstwa niemieckiego tyraństwa.
W ten sposób Zacharyasiewicza zaszczepił prawie wszystkie kwestye obchodzące ogół polski lub wyłącznie Galicyą:- zaczepił świętojurców, zaczepił szwindlerstwo wiedeńskie, zaszczepił mnóstwo spraw domowych, familijnych wprawdzie tylko, ale trujących jadem, którym naród musi oddychać.
Pojęcie ekonomiczne Zacharyasiewicza są zdrowe; nie zaprząta on się mrzonkami, wyznaje postęp, potęguje materializm finansowy-potępiając materializm ducha.
Powieści Zacharynsicwicza należą do czytań przyjemnych i pożytecznych; ani jedna zdrożna myśl w nich niema pobłażliwego przytułku, ani jednym tonem zwątpienia lub odczarowania nic zdemoralizował czytelnika. Niema w jego utworach olimpijskich postaci, niema bohaterów niezwalczonych, ale są ludzie, od których losy kraju zależą. Geniuszom, owym potworom złego lub dobrego, Zacharyasiewicz nie zajrzał w oczy, ale za to stworzył obywatela, któremu kraj wszystko zawdzięcza lub przez którego zostaje wymazany z karty państwowej.
Szkoła doświadczenia, jaką talent Zacharyasiewicza przechodził, była ciężka i długa:- dwukrotnie zamknięty w ciemnicach austryackich więzień, studiował w nich literaturę europejską i własnego ducha. Myśl szybko w takich torturach dojrzewała, a potem świat, do którego lgnął gorącem, towarzyskim sercem, dał resztę.
Szereg powieści Zacharyasiowicza jest ogromny; niedorównywa wprawdzie zbiorowi Kraszewskiego, bo to rzecz niepodobna, ale stoi zaraz poza nim.
W tej chwili Zacharyasiewicz dotknięty jest ciężką chorobą oczu. Bawiąc w r. z. w Wenecji i przesiadując po całych dniach przy oknie wychodzącym na laguny, został rażony blaskiem pulsujących życiem, nie starzejących się dzięki kunsztowności wody płonącej od promieni słonecznych. Na szczęście, po chwilowej bezwładności oczu, nie ustaje w pracy literackiej - nie mogąc pisać dyktuje. Pierwszorzędni okuliści zapewniają, że choroba jest przemijającą, że czas i cierpliwość zwalczą ją zupełnie.
Jeśli doceniasz moją pracę postaw kawę Kliknij
Lodowe żniwa
- Szczegóły
Przed laty okres końca zimy to czas żniw lodu. Przy większości dworów istniały lodownie, w których przechowywano żywność i inne produkty. Nie zachowały się jednak na ten temat informacje. Pozyskiwaniem lodu zajmowali się miejscowi chłopi wyrzynając bryły lodu z Sanu, a następnie przewożąc do zaprzęgami konnymi do lodowni lub piwnic. Lód z Sanu wykorzystano również w karczmach do chłodzenia piwa, a nawet na sprzedaż. Poniżej fragment wspomnień Mardacheusza Gallera z Krzywczy przypomina tą zapomnianą funkcję Sanu:
Ale lód z Sanu latem, jak? W zimowe dni San pokrywał się grubą warstwą lodu, po której sanie zaprzężone w konie ślizgały się na duże odległości. Znaleziono pewnego żydowskiego pioniera, który wykopał duży dół i przykrył go słomą. Zimą zatrudnił wielu pogan, którzy wykuwali wielkie bloki lodu i przywozili je do tego żydowskiego dołu, gdzie wypełniali go lodem. Ten lodowy magazyn trzymał się przez całe lato i kupowali u niego lód na uzdrowienie, wrażliwi kupowali lód, by pić zimną lemoniadę w szabatowe popołudnie.
Piotr Haszczyn [luty 2026]
Proces ciecia lodu oraz lodownia przedstawiona na poniższym filmiku : https://www.youtube.com/watch?v=b1dnyrHuPos
Jeśli doceniasz moją pracę postaw kawę Kliknij
Jakucka Odyseja
- Szczegóły
Kolejna rocznica wywózki mieszkańców naszej gminy na Sybir. Ten straszny los spotkał również rodziny, które pochodziły z naszego terenu. Do dalekie Jakucji została wywieziona rodzina Pindów pochodząca z Babic. Jak to się stało możemy przeczytać we wspomnieniach Marii Szewczyk z d. Pinda. Wspomnienia zostały uratowane od zapomnienia dzięki p. Wilhelminie Skubisz.
Piotr Haszczyn [Luty 2026]
Wspomnienia Marii Szewczyk - Sybiraczki lat 80
Antoni Pinda ur. 10.06.1900 r. i Genowefa Pinda ur. 3.01.1909 r. z domu Rysiewicz córka Antoniny i Floriana. W 1928 r. mama wyszła za mąż. Urodziła 2 dzieci: Zbigniewa 17.03.1929 i Marię ur.1.02.1932. Moi rodzice mieszkali rodzicami z ojca do 1938 roku w Babicach. W tym że roku 1938 wyjechali na Wołyń prowadzić gospodarstwo rolne 40 morgów pola, które kupił mój wuj jako osadnik mieszkający we Lwowie. Zaraz po przyjeździe na Wołyń urodził się najmłodszy brat Jerzy 15.04.1938 r.
Mój ojciec z mamą prowadzili to gospodarstwo nie całe 2 lata. W 1939 r. zaczęła się zawierucha wojenna, moi rodzice chcieli spowrotem wrócić do Przemyśla już nie mogli. W 1940 r. przyszło NKWD i rozkołaczyli moich rodziców z tej ziemi i zostawili działkę przyzagrodową Dnia 29.06.1940 r. NKWD po raz wtóry przyszło o pierwszej w nocy zrobili rewizję w domu i powiedzieli do moich rodziców
-sobierajsia pojedesz na Sybir [zbieraj się pojedziesz na Sybir]
My dzieci małe 2 latka, 8 lat i 11 lat zaczęliśmy płakać. Załadowali nas na wóz i dowieźli do stacji kolejowej 6 km. Na stacji stały wagony towarowe. W wagonie było nas 4 rodziny. Po jednej stronie była półka, a po drugiej w wagonie były dwa okna zakratowane i muszla klozetowa i nic po za tym.
Jechaliśmy w nieznane półtorej miesiąca, przebyliśmy 12 tysięcy kilometrów. Przyjechaliśmy do miejscowości Ardan Jakucka SSR [Blisko Kamczatki], juz do końcowej stacji. Następnie załadowali nas na ciężarowe samochody i jechaliśmy 3 dni i 3 noce w głąb tajgi syberyjskiej 700 km. Zakwaterowano nas w bardzo dużym baraku, kilkanaście rodzin. Barak był zrobiony z okrąglaków, szpary były upchane mchem. Temperatura sięgała - 60 stopni na zewnątrz. Rodzice moi pracowali przy wyrębie lasu od świtu do późnego wieczoru. Starszy brat dostał się do internatu i chodził do szkoły ukończył 7 kl. szkoły podstawowej. Ja natomiast musiałam pilnować młodszego o 6 lat barta Jerzego. W 1943 r. mój ojciec zgłosił sie na ochotnika do armii T. Kościuszki - warunek był, że rodzina wróci do Polski. My z mamą zostaliśmy przesiedleni nad Wołgę do Saratowa. Mama pracowała w kołchozie jako dojarka. W 1945 r. mój tato wrócił z wojny do Babic i zatrzymał się u mojej babci. W 1946 r. we wrześniu wróciliśmy do Polski. Po powrocie mieszkaliśmy w Przemyślu.
Wspomnienia spisano 30 VIII 2012 r.
Jeśli doceniasz moją pracę postaw kawę Kliknij





